środa, 2 maja 2012
Niestety brakuje zapału, czasu również. Bo u mnie tak było od zawsze! Wystarczy przeglądnąć stare, szkolne zeszyty, pierwsza strona cud malina, lekcja organizacyjna, ble ble ble, a kolejne... no trzeba by było to zorganizować jakoś. Nadal spełniam się zawodowo stajenno - nianiowo, poza tym zostałam mama koniatka starszego niż ja sama... Wczoraj zakręcili nam wodę. No dobra - nie ma usprawiedliwienia!
piątek, 15 kwietnia 2011
Bezsenność
"Rano trzeba wstać! Rano to jee je je je..."
Obsługa wideł 3+, prowadzenie taczki w godzinach szczytu - po co komentować, grunt, że jedziem! W ciągu dalszym co poniektórzy nie potrafią zrozumieć, że ja tam tak dla przyjemności tylko, bo lubię. "Czubek" - rzec by chcieli, ale wolą nie bo przecież dwie, dodatkowe, pomocnicze ręce piechotą nie chodzą :-).
Praca w stadninie idzie pełną parą. Byleby tylko nakarmić odpowiednio to reszta jakoś się poukłada. Problematyczni są właściciele końscy... no jak to "rodzice" - różne charaktery. Zwierzaki można sobie poustawiać, trzeba chcieć, a opiekun to swoje wie a to żem mądrzejsza rozumiem jedynie ja ;-).
Sezon kaloszowy kończy się powoli, reanimowałam stare adidasy, no ale chcąc nie chcąc słoma do butów wchodzi i co najgorsze - wyjść nie chce, kłuje to, uwiera... Samo życie!
Z ciekawostek: sukienkę za 159 euro postanowiłam kupić za 29,90, lecz się nie udało niestety. Cóż za niefart! :-)
Nadal wyglądam cudzoziemsko. Wzięta za Rumunkę, Bułgarkę i Włoszkę. Gdy ktoś mi w końcu wypomni np. Nigerię to nie będę zaskoczona i może przez grzeczność oraz niechęć do dalszej dyskusji nie zaprzeczę.
Dobranoc! :-)
Obsługa wideł 3+, prowadzenie taczki w godzinach szczytu - po co komentować, grunt, że jedziem! W ciągu dalszym co poniektórzy nie potrafią zrozumieć, że ja tam tak dla przyjemności tylko, bo lubię. "Czubek" - rzec by chcieli, ale wolą nie bo przecież dwie, dodatkowe, pomocnicze ręce piechotą nie chodzą :-).
Praca w stadninie idzie pełną parą. Byleby tylko nakarmić odpowiednio to reszta jakoś się poukłada. Problematyczni są właściciele końscy... no jak to "rodzice" - różne charaktery. Zwierzaki można sobie poustawiać, trzeba chcieć, a opiekun to swoje wie a to żem mądrzejsza rozumiem jedynie ja ;-).
Sezon kaloszowy kończy się powoli, reanimowałam stare adidasy, no ale chcąc nie chcąc słoma do butów wchodzi i co najgorsze - wyjść nie chce, kłuje to, uwiera... Samo życie!
Z ciekawostek: sukienkę za 159 euro postanowiłam kupić za 29,90, lecz się nie udało niestety. Cóż za niefart! :-)
Nadal wyglądam cudzoziemsko. Wzięta za Rumunkę, Bułgarkę i Włoszkę. Gdy ktoś mi w końcu wypomni np. Nigerię to nie będę zaskoczona i może przez grzeczność oraz niechęć do dalszej dyskusji nie zaprzeczę.
Dobranoc! :-)
środa, 2 marca 2011
Kącik poradniczy
Z mieszkaniem coś nie tak?
Masz wrażenie, że zamarzasz?
Problemy z ogrzewaniem?
Brak ciepłej wody?
Rada właścicielki lokalu: OTWÓRZ OKNO
!?
Ma się nijak.
Pomogło?
Oczywiście..., że nie.
Masz wrażenie, że zamarzasz?
Problemy z ogrzewaniem?
Brak ciepłej wody?
Rada właścicielki lokalu: OTWÓRZ OKNO
!?
Ma się nijak.
Pomogło?
Oczywiście..., że nie.
piątek, 25 lutego 2011
Gorączkowo
Gorączka u niemowlęcia i małego dziecka - temat rzeka. Sposoby walki bywają różne, ale mija prędzej czy później. Kiedyś wchodziło się pod pierzynę i należało wypocić . Pytanie do mam znajdujących się na sali - co myślicie zbijaniu przez rozbieranie? Może to i racja - ciałko za ciepłe należy wystudzić, niech sobie spokojnie paruje, a ubiór może działać jak termos... Z drugiej strony jednak gdyby mi ktoś przy gorączce 39,5 kazał latać po mieszkaniu w samym body i skarpetkach czy spać pod flanelowa pieluchą... powiesiłabym za nie powiem co! Logiczny sposób, ale czy humanitarny? Małe się nie poskarży a ryczy bo i tak by ryczało pewnie. Co myślicie? Może dzieci czują inaczej? Ktoś coś czytał? Na moim położniczym kierunku nie wykładali…
Nowinki - podjęłam wolontaryjną pracę w stajni! Zawsze marzyłam o lataniu od siódmej rano w kaloszach z taczką pełną gnoju. Nie ma to tamto! Wygarnąć też już umiem. Problemy zaczynają się gdy bydło trzeba zaprowadzić i przyprowadzić z pastwiska... który zwierz gdzie mieszka - masakra! Chyba nigdy się nie zapamiętam ;-).
Gdy przyszłam o pracę pytać łamaną niemczyzną Szefu był z lekka zdziwiony. Akurat na imprezę szłam to no wiecie - kozaczki, makijażyk, paznokietki...
Szefu: Co potrafisz? Doświadczenie masz jakieś?
Galllena: Potrafię konia np. - czyścić :D (czyli to co każdy początkujący jeździec)
S.: - ?????Hmmmmm... tia... my nie robimy tego tak często…
G. (dobitnie): -Ale chętnie się uczę! Ja przyjdę nawet jutro!
S. (nie zrozumiałam dokładnie, ale było coś o chodzeniu z końmi i sprzątaniu)
G.: :-)))))))))))) (narodziła się nadzieja)
S.: Ok, to zrobimy sobie dzień próbny... (oglądając mnie) Tylko wiesz, weź inne buty, tzn. dobre, ale... no i raczej stare ubrania... ;-)
G.: Jawohl! :-))))))
Praca była wyczerpująca dość ;-) (ja to typowa miastowa, jedną ciocię mam na wsi, ale i ona nawet jednej kury nie ma :P). Wyczyściłam chyba z tysiąc boksów - never ending story :-). Jedna osoba wszystko mi wyjaśniała, taka szybka, energiczna dziewczyna - podziw, może po kolejnych dwóch tysiącach dojdę do wprawy :-). Taczkę, łopatę i widły już prawie obsługiwać umiem - czasami ktoś się litował i pokazywał mówiąc, że "w ten sposób to się szybko wykończysz" :P. Na końcu podziw, bo sądzili, że wymięknę a ja stwierdziłam, że przyjdę kolejny raz :-).
Dobranoc
Nowinki - podjęłam wolontaryjną pracę w stajni! Zawsze marzyłam o lataniu od siódmej rano w kaloszach z taczką pełną gnoju. Nie ma to tamto! Wygarnąć też już umiem. Problemy zaczynają się gdy bydło trzeba zaprowadzić i przyprowadzić z pastwiska... który zwierz gdzie mieszka - masakra! Chyba nigdy się nie zapamiętam ;-).
Gdy przyszłam o pracę pytać łamaną niemczyzną Szefu był z lekka zdziwiony. Akurat na imprezę szłam to no wiecie - kozaczki, makijażyk, paznokietki...
Szefu: Co potrafisz? Doświadczenie masz jakieś?
Galllena: Potrafię konia np. - czyścić :D (czyli to co każdy początkujący jeździec)
S.: - ?????Hmmmmm... tia... my nie robimy tego tak często…
G. (dobitnie): -Ale chętnie się uczę! Ja przyjdę nawet jutro!
S. (nie zrozumiałam dokładnie, ale było coś o chodzeniu z końmi i sprzątaniu)
G.: :-)))))))))))) (narodziła się nadzieja)
S.: Ok, to zrobimy sobie dzień próbny... (oglądając mnie) Tylko wiesz, weź inne buty, tzn. dobre, ale... no i raczej stare ubrania... ;-)
G.: Jawohl! :-))))))
Praca była wyczerpująca dość ;-) (ja to typowa miastowa, jedną ciocię mam na wsi, ale i ona nawet jednej kury nie ma :P). Wyczyściłam chyba z tysiąc boksów - never ending story :-). Jedna osoba wszystko mi wyjaśniała, taka szybka, energiczna dziewczyna - podziw, może po kolejnych dwóch tysiącach dojdę do wprawy :-). Taczkę, łopatę i widły już prawie obsługiwać umiem - czasami ktoś się litował i pokazywał mówiąc, że "w ten sposób to się szybko wykończysz" :P. Na końcu podziw, bo sądzili, że wymięknę a ja stwierdziłam, że przyjdę kolejny raz :-).
Dobranoc
niedziela, 6 lutego 2011
Kawałek codzienności
Ujęcie pierwsze:
Niemiecki autobus miejski - nawet nie przepełniony. Wchodzi Galllena i widzi matkę szamoczącą się z dwójką niesfornych latorośli płci męskiej i żeńskiej w wieku co najmniej podobnym (około 5 lat). Dziewczynka wrzeszcząc kładzie się na podłogę, chłopczyk natomiast a to zawieszony na jednej rurce a to skacze po siedzeniach, następnie nie ma ochoty opuścić pojazdu. Matka upomina od czasu do czasu, ale cóż ona może gdy pochłonięta jest totalnie kołysaniem wrzeszczącej około miesięcznej zawartości PODWÓJNEGO wózka... :P. Cud, miód i sielanka!
Ujęcie z przed około 10 miesięcy:
Reakcja matki na wieść o "dwa w jednym" panoszącym się w jej i tak już nieco nadwyrężonym organizmie - zapewne NIE DO OPISANIA.
Potem przenieśli się na dworzec kolejowy (przyszli 30 minut po mnie) i pakowali się razem do pociągu. O matko i córko! Siedziałam w innym wagonie NA SZCZĘŚCIE bo blogspota by brakło.
Było koło 19.00, kobieta sama z taką gromadą, ubiór i sprzęty całej piątki nie wskazywały na "chęci" posiadania dużej rodziny a już na pewno nie na możliwości.
Przypomina mi się matka trojaczek, która zawsze twierdziła, że aby zająć się swoimi dziećmi potrzebuje przynajmniej jednego, lepiej dwóch a już jest dobrze gdy ma trzech pomocników ponieważ może sobie iść "popracować t-shirty", które tak czy tak światła zewnętrznego nie oglądają... Byle by nie z potworami!
Niemiecka Frał jako tako sobie radzi (No co?! Może i trudno uwierzyć, ale wszyscy żywi po podróży autobusowo - pociągowej :-) ). Jeżeli już sposobów nie posiada to przynajmniej odwagą nadrabia w 100 procentach.
Kiedyś myślałam o dużej familii, ale sceny z autobusów i supermarketów to skuteczny środek antykoncepcyjny, a więc truć się nie trzeba czy odliczać... :D
Niemiecki autobus miejski - nawet nie przepełniony. Wchodzi Galllena i widzi matkę szamoczącą się z dwójką niesfornych latorośli płci męskiej i żeńskiej w wieku co najmniej podobnym (około 5 lat). Dziewczynka wrzeszcząc kładzie się na podłogę, chłopczyk natomiast a to zawieszony na jednej rurce a to skacze po siedzeniach, następnie nie ma ochoty opuścić pojazdu. Matka upomina od czasu do czasu, ale cóż ona może gdy pochłonięta jest totalnie kołysaniem wrzeszczącej około miesięcznej zawartości PODWÓJNEGO wózka... :P. Cud, miód i sielanka!
Ujęcie z przed około 10 miesięcy:
Reakcja matki na wieść o "dwa w jednym" panoszącym się w jej i tak już nieco nadwyrężonym organizmie - zapewne NIE DO OPISANIA.
Potem przenieśli się na dworzec kolejowy (przyszli 30 minut po mnie) i pakowali się razem do pociągu. O matko i córko! Siedziałam w innym wagonie NA SZCZĘŚCIE bo blogspota by brakło.
Było koło 19.00, kobieta sama z taką gromadą, ubiór i sprzęty całej piątki nie wskazywały na "chęci" posiadania dużej rodziny a już na pewno nie na możliwości.
Przypomina mi się matka trojaczek, która zawsze twierdziła, że aby zająć się swoimi dziećmi potrzebuje przynajmniej jednego, lepiej dwóch a już jest dobrze gdy ma trzech pomocników ponieważ może sobie iść "popracować t-shirty", które tak czy tak światła zewnętrznego nie oglądają... Byle by nie z potworami!
Niemiecka Frał jako tako sobie radzi (No co?! Może i trudno uwierzyć, ale wszyscy żywi po podróży autobusowo - pociągowej :-) ). Jeżeli już sposobów nie posiada to przynajmniej odwagą nadrabia w 100 procentach.
Kiedyś myślałam o dużej familii, ale sceny z autobusów i supermarketów to skuteczny środek antykoncepcyjny, a więc truć się nie trzeba czy odliczać... :D
sobota, 22 stycznia 2011
1,5 h - no chyba galopem
Trzeba było przynieść flaszkę i lodem obłożyć nóżkę - uczymy się galopować :-D. Widząc słowo galop przypomina mi się górski drogowskaz sprzed lat: "Sokolica - 1,5 h", po czym ktoś dopisał: "no chyba galopem...". Co racja to racja - szliśmy godzin trzy ;-).
Życie "rodzinne" ("teścinne"?! :P) kręci się jakoś. Mieliśmy okazję uczcić 62. urodziny seniora rodu. Norymberskie żarcie: kotlet, kartofelki, steki, kluski, rolady*, kapusta modra tudzież zasmażana*, białe kiełbachy. Czasami wydaje mi się, że nigdzie nie wyjechałam. Teście trafili się nie najgorsi (jak na razie), służą pomocą i uśmiechają się dziwnie (jak dla mnie). Wiecznie doszukuję się dziury w całym, no bo przecież nie może być pozytywnie! Teście to teście, koniec, kropka. Pewnie przyjdzie "kryska na matyska" i pokażą prawdziwe oblicze, a że jesteśmy, że tak powiem "przed ślubem" (sporo :P) to i poczekać trzeba. Jak na razie "mamuśka" zaliczyła jedną wpadkę - a mianowicie poproszona o karmienie kota z zadania się wywiązała zaliczając pranie WSZYSTKIEGO i o zgrozo przenajwiększa - PRASOWANIE (Galllena nie prasuje oczywiście ponieważ wychodzi z założenia, że ten kto prasnąć cokolwiek potrzebuje może zrobić to przed włożeniem tuż i własnoręcznie a poza tym większość "i tak się ułoży", a tak w ogóle to w szafie nie jest idealnie... - ganc ajnfach). To drugie uczyniła wyraźnie "na dobitkę", a to pierwsze bo podobno "i tak prała, a że potrzebę widziała" (kwestia punktu widzenia albowiem kilka rzeczy tylko co wysuszonych zostało ponownie wypranych). Od tamtego czasu chowam - prawie wszystko co wyprać można :-D.
Kurtkę muszę odświeżyć "konkubentowi", ponieważ "jego o zdanie w tej kwestii mam się nie pytać".
Ukon ma dwie pary spodni - nowych i pasujących w co trudno uwierzyć.
Olllaaaa booogggggaaaaa - "Całe życie z wariatami".
*kto z Górnego Śląska ten wie
Życie "rodzinne" ("teścinne"?! :P) kręci się jakoś. Mieliśmy okazję uczcić 62. urodziny seniora rodu. Norymberskie żarcie: kotlet, kartofelki, steki, kluski, rolady*, kapusta modra tudzież zasmażana*, białe kiełbachy. Czasami wydaje mi się, że nigdzie nie wyjechałam. Teście trafili się nie najgorsi (jak na razie), służą pomocą i uśmiechają się dziwnie (jak dla mnie). Wiecznie doszukuję się dziury w całym, no bo przecież nie może być pozytywnie! Teście to teście, koniec, kropka. Pewnie przyjdzie "kryska na matyska" i pokażą prawdziwe oblicze, a że jesteśmy, że tak powiem "przed ślubem" (sporo :P) to i poczekać trzeba. Jak na razie "mamuśka" zaliczyła jedną wpadkę - a mianowicie poproszona o karmienie kota z zadania się wywiązała zaliczając pranie WSZYSTKIEGO i o zgrozo przenajwiększa - PRASOWANIE (Galllena nie prasuje oczywiście ponieważ wychodzi z założenia, że ten kto prasnąć cokolwiek potrzebuje może zrobić to przed włożeniem tuż i własnoręcznie a poza tym większość "i tak się ułoży", a tak w ogóle to w szafie nie jest idealnie... - ganc ajnfach). To drugie uczyniła wyraźnie "na dobitkę", a to pierwsze bo podobno "i tak prała, a że potrzebę widziała" (kwestia punktu widzenia albowiem kilka rzeczy tylko co wysuszonych zostało ponownie wypranych). Od tamtego czasu chowam - prawie wszystko co wyprać można :-D.
Kurtkę muszę odświeżyć "konkubentowi", ponieważ "jego o zdanie w tej kwestii mam się nie pytać".
Ukon ma dwie pary spodni - nowych i pasujących w co trudno uwierzyć.
Olllaaaa booogggggaaaaa - "Całe życie z wariatami".
*kto z Górnego Śląska ten wie
sobota, 15 stycznia 2011
Wrażeń nie ma końca :-)
Nie to żeby czasu nie było na pisanie czy tematów bo dzieje się dużo… Siedzi we mnie potężny leniuch! Najchętniej przespałby całą zimę a lato spędził wylegując się nad jeziorem :).
Co nowego? Po przerwie półrocznej powróciłam do jeździectwa (a raczej kaleczenia tego pięknego sportu, ale zwał jak zwał) czego efektem jest brak możliwości normalnego chodzenia, sen także utrudniony. Czuję się jak po pierwszym razie – tym konnym oczywiście ;). Prawdą jest wiec, że narząd nie używany zanika a proces odnowy potrwa. Zestresowana byłam jak nigdy. Przyszłam z ciśnieniem chyba 300/250 i pulsem około 400 – no bo jak tu do konia po niemiecku?! Wyobrażacie sobie?! Nie dość, że odezwać się czasem trzeba to jeszcze zwierzę nieszczęsne zrozumieć ;-) no i instruktora rzecz jasna. Dodatkowo trzeba było się zameldować, odnaleźć nauczycielkę… Stres, stres, stres! Przeżyłam jakoś dzięki wcześniej przygotowanej ściądze ze słówkami niezbędnymi czyli: gryźć, kopać, upadać hihi :-). Okazało się, że zrozumiałam instruktorkę, konia i nawet pana z baru. Pierwsza normalna stadnina – można pić, palić i jeść, nawet na tablicy przed wejściem wyraźnie napisano w takiej oto kolejności: ESSEN, TRINKEN, REITEN (niem. jedzenie, picie, jazda konna), a co do papierosów to wdziałam, że pali większość jeżdżących (Stresujący sport? Spotkałam się już z opiniami, że co poniektórzy przeklinać nauczyli się zaraz po rozpoczęciu nauki jazdy… a niby to kontakt ze zwierzętami uspokaja…). Nie znęcali się nade mną tak solidnie jak moja Ania, ale miejmy nadzieję, że nie chcieli przestraszyć i poprawią się jeżeli tylko ja dojdę do siebie. Zapisana na kolejną lekcję jestem, już czekam i tęsknię za przepięknym uparciuchem Alabastrem.
Poza tym to odwilż jak wszędzie…
Mała Sofia wiecznie chora (żłobek to żłobek, Polska, Dojczland czy Australia – bez różnicy). Od tygodnia zna słowo „nie” i nawet dodaje to tego specyficzny gest głową, a więc żegnaj piękny świecie, tutaj zaczęły się schody :-).
Rodzice małej opętani na punkcie produktów z napisem „BIO”. Czasami dostaję listę, pakuje małą i idziemy do EKO marketu. Płacimy niemało i coraz częściej wydaje mi się, że kosztuje tylko etykietka (no w 65% co i tak za dużo). Takie na przykład „mleko bez laktozy”, hmmm… wyobrażacie sobie jak bardzo je należy przetworzyć, aby pozbyć się tego specyficznego cukru? Napis BIO posiada… Śmiech! Gdyby jeszcze pochodziło z jakiejś zapadłej mazurskiej wsi… ale też nie – wielka mleczarnia w Berlinie. A może jest na sali ktoś kto wytłumaczyłby mi ten problem jakoś logicznie?
Sobota sobotą, ale może w końcu uda nam się przykręcić półki na buty kupione miesiąc temu. Wypadałoby!!!
Co nowego? Po przerwie półrocznej powróciłam do jeździectwa (a raczej kaleczenia tego pięknego sportu, ale zwał jak zwał) czego efektem jest brak możliwości normalnego chodzenia, sen także utrudniony. Czuję się jak po pierwszym razie – tym konnym oczywiście ;). Prawdą jest wiec, że narząd nie używany zanika a proces odnowy potrwa. Zestresowana byłam jak nigdy. Przyszłam z ciśnieniem chyba 300/250 i pulsem około 400 – no bo jak tu do konia po niemiecku?! Wyobrażacie sobie?! Nie dość, że odezwać się czasem trzeba to jeszcze zwierzę nieszczęsne zrozumieć ;-) no i instruktora rzecz jasna. Dodatkowo trzeba było się zameldować, odnaleźć nauczycielkę… Stres, stres, stres! Przeżyłam jakoś dzięki wcześniej przygotowanej ściądze ze słówkami niezbędnymi czyli: gryźć, kopać, upadać hihi :-). Okazało się, że zrozumiałam instruktorkę, konia i nawet pana z baru. Pierwsza normalna stadnina – można pić, palić i jeść, nawet na tablicy przed wejściem wyraźnie napisano w takiej oto kolejności: ESSEN, TRINKEN, REITEN (niem. jedzenie, picie, jazda konna), a co do papierosów to wdziałam, że pali większość jeżdżących (Stresujący sport? Spotkałam się już z opiniami, że co poniektórzy przeklinać nauczyli się zaraz po rozpoczęciu nauki jazdy… a niby to kontakt ze zwierzętami uspokaja…). Nie znęcali się nade mną tak solidnie jak moja Ania, ale miejmy nadzieję, że nie chcieli przestraszyć i poprawią się jeżeli tylko ja dojdę do siebie. Zapisana na kolejną lekcję jestem, już czekam i tęsknię za przepięknym uparciuchem Alabastrem.
Poza tym to odwilż jak wszędzie…
Mała Sofia wiecznie chora (żłobek to żłobek, Polska, Dojczland czy Australia – bez różnicy). Od tygodnia zna słowo „nie” i nawet dodaje to tego specyficzny gest głową, a więc żegnaj piękny świecie, tutaj zaczęły się schody :-).
Rodzice małej opętani na punkcie produktów z napisem „BIO”. Czasami dostaję listę, pakuje małą i idziemy do EKO marketu. Płacimy niemało i coraz częściej wydaje mi się, że kosztuje tylko etykietka (no w 65% co i tak za dużo). Takie na przykład „mleko bez laktozy”, hmmm… wyobrażacie sobie jak bardzo je należy przetworzyć, aby pozbyć się tego specyficznego cukru? Napis BIO posiada… Śmiech! Gdyby jeszcze pochodziło z jakiejś zapadłej mazurskiej wsi… ale też nie – wielka mleczarnia w Berlinie. A może jest na sali ktoś kto wytłumaczyłby mi ten problem jakoś logicznie?
Sobota sobotą, ale może w końcu uda nam się przykręcić półki na buty kupione miesiąc temu. Wypadałoby!!!
poniedziałek, 3 stycznia 2011
W oczekiwaniu na świńską...
Foksal - Chorób psychicznych w minionym roku nie zaliczyłam, szansa pojawi się być może w obecnym.
Do listy infekcji poprzedniego sezonu dopisać można tradycyjną, dziecięcą trzydniówkę. Klasyk objawów, zaczęło się 19.12. Super, bo myślałam, że starych oszczędza ten wirus przemiły!
Pozostaje tylko czekać na AH1N1, od czegoś zacząć trzeba.
Szczęśliwego nowego roku! :-)
Do listy infekcji poprzedniego sezonu dopisać można tradycyjną, dziecięcą trzydniówkę. Klasyk objawów, zaczęło się 19.12. Super, bo myślałam, że starych oszczędza ten wirus przemiły!
Pozostaje tylko czekać na AH1N1, od czegoś zacząć trzeba.
Szczęśliwego nowego roku! :-)
sobota, 11 grudnia 2010
Stop infekcjom!
Mam już dość przeziębień, gryp, jelitówek itp.
Limit wyczerpany na rok ten i następny!
Basta, basta, basta!
Limit wyczerpany na rok ten i następny!
Basta, basta, basta!
niedziela, 5 grudnia 2010
Coroczny sezon na narzekanie czas otworzyć
Dojcz najlepiej wkuwać posługując się komunikacją miejską ziemi niemieckiej.
Bardzo, bardzo praktyczne słownictwo poznać można, powtarzane jest wciąż i wciąż, więc szybko się utrwala.
OPÓŹNIENIE, anulowanie pociągu, zmiana peronu, OPÓŹNIENIE, wsiąść, wysiąść, OPÓŹNIENIE, przesiąść się, pojechać metrem zamiast cugiem, OPÓŹNIENIE, burza śnieżna, mróz, OPÓŹNIENIE, pasażerowie, stacja, przystanek, OPÓŹNIENIE z rosnącym w górę numerkiem.
Życzenie "miłej podróży" przy OPÓŹNIENIU 147 minutowym podczas gdy łączny czas przemieszczania się w normalnych warunkach z Norymbergi do Erlangen zajmuje 20 minut brzmi przynajmniej złośliwie...
Poza tym to planowano roboty na torach do 22.11, następnie do 11.12 i aktualnie czas jest nieokreślony.
Niemiecka solidność?! Hihihihi :-P
Piwo to mają tutaj dobre, w pociągach powinni serwować.
Bardzo, bardzo praktyczne słownictwo poznać można, powtarzane jest wciąż i wciąż, więc szybko się utrwala.
OPÓŹNIENIE, anulowanie pociągu, zmiana peronu, OPÓŹNIENIE, wsiąść, wysiąść, OPÓŹNIENIE, przesiąść się, pojechać metrem zamiast cugiem, OPÓŹNIENIE, burza śnieżna, mróz, OPÓŹNIENIE, pasażerowie, stacja, przystanek, OPÓŹNIENIE z rosnącym w górę numerkiem.
Życzenie "miłej podróży" przy OPÓŹNIENIU 147 minutowym podczas gdy łączny czas przemieszczania się w normalnych warunkach z Norymbergi do Erlangen zajmuje 20 minut brzmi przynajmniej złośliwie...
Poza tym to planowano roboty na torach do 22.11, następnie do 11.12 i aktualnie czas jest nieokreślony.
Niemiecka solidność?! Hihihihi :-P
Piwo to mają tutaj dobre, w pociągach powinni serwować.
niedziela, 28 listopada 2010
Świąteczne i nieświąteczne kupowanie po niemiecku
No i nadarzyła się okazja i buty trza było iść kupować. Bo talon i za darmo, a że ceny nie trzeba było pilnować to dawaj, dawaj do autka i w centrum.
Zaczęło się niewinnie, Ukon zapragnął nowego swetra w stylu norweskim. Raz, dwa i kupili my, do tego doszła czapka w stylu cwaniacko - rustykalnym, która nie przypadła do gustu o zgrozo jedynie mi, ale przynajmniej ukochanego z daleka rozpoznam, w tłumie i w mieście.
Cyrk zacząć musiał się w końcu w sklepie z fatałaszkami damskimi i butami, bo rozmiarówka kurcze pieczone nie po chłopsku (czyt. M, S, L, bleble) tylko numerkami poczęli rzucać. Tyle, że nie mogą tu tak normalnie po ludzku "trzydzieści dziewięć" przeczytać no jak wszędzie, ale po niemiecku oczywiście dziewięć i trzydzieści, dwa i czterdzieści... Problemu by nie było, ale że Galllenkowe kopytko jest czterdzieści dwa, góra ciała trzydzieści osiem to przedstawienie zacząć czas. A to wyszło osiemdziesiąt trzy a to dwadzieścia cztery, to coś przybyło tam ubyło. Najśmieszniejsze jest to, że nawet ich to myli, sklep to pół biedy, ale weź spróbuj numer komórki przedyktować w konstelacji dwucyfrowej przez telefon, zawsze falsze hihi. Swojego czasu robiłam inwentaryzację w tutejszym markecie no i wolno szło, oj pomalutku... ;-)
Dwucyfrowe mają tak a nie inaczej, ale za to gdy już do setki dochodzimy to i od niej zacząć można (pazerny naród!), następnie cyferka ostatnia i przedostania (142 = sto, dwa i czterdzieści):-/.
No i po co? Pytam się po kiego grzyba?
Buty kupione jakimś cudem, nic tylko oprawić i pucować dwa razy na tydzień. Podkówek dla Ukona brak, bo cztery i czterdzieści za małe, pięć i czterdzieści za duże w pięcie (!!!)... i tak każda marka z rodzaju przypadniętego do gustu w pięciu sklepach. Być kobietą, być kobietą!
A i torebkę mam ładną ;-)
Zaczęło się niewinnie, Ukon zapragnął nowego swetra w stylu norweskim. Raz, dwa i kupili my, do tego doszła czapka w stylu cwaniacko - rustykalnym, która nie przypadła do gustu o zgrozo jedynie mi, ale przynajmniej ukochanego z daleka rozpoznam, w tłumie i w mieście.
Cyrk zacząć musiał się w końcu w sklepie z fatałaszkami damskimi i butami, bo rozmiarówka kurcze pieczone nie po chłopsku (czyt. M, S, L, bleble) tylko numerkami poczęli rzucać. Tyle, że nie mogą tu tak normalnie po ludzku "trzydzieści dziewięć" przeczytać no jak wszędzie, ale po niemiecku oczywiście dziewięć i trzydzieści, dwa i czterdzieści... Problemu by nie było, ale że Galllenkowe kopytko jest czterdzieści dwa, góra ciała trzydzieści osiem to przedstawienie zacząć czas. A to wyszło osiemdziesiąt trzy a to dwadzieścia cztery, to coś przybyło tam ubyło. Najśmieszniejsze jest to, że nawet ich to myli, sklep to pół biedy, ale weź spróbuj numer komórki przedyktować w konstelacji dwucyfrowej przez telefon, zawsze falsze hihi. Swojego czasu robiłam inwentaryzację w tutejszym markecie no i wolno szło, oj pomalutku... ;-)
Dwucyfrowe mają tak a nie inaczej, ale za to gdy już do setki dochodzimy to i od niej zacząć można (pazerny naród!), następnie cyferka ostatnia i przedostania (142 = sto, dwa i czterdzieści):-/.
No i po co? Pytam się po kiego grzyba?
Buty kupione jakimś cudem, nic tylko oprawić i pucować dwa razy na tydzień. Podkówek dla Ukona brak, bo cztery i czterdzieści za małe, pięć i czterdzieści za duże w pięcie (!!!)... i tak każda marka z rodzaju przypadniętego do gustu w pięciu sklepach. Być kobietą, być kobietą!
A i torebkę mam ładną ;-)
wtorek, 16 listopada 2010
A bo tak!
Dojczland do nie Irlandia, Irlandia to nie Las Vegas a Las Vegas to nie raj.
Do dupy Panie!!!! Do dupy!!!!
Chleb smakuje nadal.
I pada, pada, pada!
Dzisiaj wyczyściłam "żaluzi" po raz trzeci!
Kruca fix!
Do dupy Panie!!!! Do dupy!!!!
Chleb smakuje nadal.
I pada, pada, pada!
Dzisiaj wyczyściłam "żaluzi" po raz trzeci!
Kruca fix!
środa, 10 listopada 2010
No kurcze pieczone!
Czemu do jasnej ciasnej gdy już się wysilę na szprechanie to zamiast usłyszeć odpowiedź w języku, w którym zapytałam od razu strzelają angielszczyzną? Kruca fiks! Czy ja na prawdę wyglądam? Mogliby przynajmniej mój zapał podbudować, no najwyżej nie zrozumiem i dostanę nie taką kiełbasę co już się zdarzało i nawet na dobre wyszło ;-).
Przykład z soboty:
G: "Cwaj bier biitte!"
Jakiś tam barman: "Łot du ju prifer? Łicz łan?"
Dwie godziny potem chłopcy z kapeli, z którą przyjechałam mieli problemy z odzyskaniem swojej płyty. Koleś zajmujący się sprawą był nierozgarnięty, niezorientowany i w dodatku poczułam ALKOHOL!!! (No dobra, to akurat nic dziwnego w tej branży, bo był za fri). Sprawą zajęła się Galllena oczywiście, po angielsku tym razem, wrzeszcząc (pół głucha po koncercie byłam no i muzyka głośna była) oraz przeklinając (coś typu "faking problem"), wtem poczuła lekki szturch i usłyszała, że "mężczyzna ten nie mówi po angielsku". No fak! Myślałam, że "padnę do tyłu". Co za kraj! Jak trzeba to nie potrafią a jak nie trzeba to napierdalają tak, że głowa boli!
Poza tym to płyta się znalazła 15 sekund później, dzięki moim wrzaskom organizator zorientował się, że coś tu nie gra...
Co do języka to to samo było na kursie. Podzielili nas na drużyny (ja byłam z Rosjanką i Rumunką), dali karteczki z pytaniami i heja w miasto się zorientować. Oczywiście każdy odpowiadał po angielsku, norma no i weź to tłumacz na dojcz teraz! Bez sensu, więc in inglisz odpowiedziałam, że nie znam angielskiego i mówię jedynie po niemiecku troszeczkę. Wywołałam zmieszanie, następnie śmiech ;-). W końcu się poddałyśmy, zatrudniłyśmy pomocnika i poszłyśmy na piwo (no Bawaria w końcu, a że skład jaki był taki był...). Wygrałyśmy konkurs - oczywiście!
Ehhh Dojczland!
Wiecie,że oni tu nawet swojego "Sto lat" na urodziny nie mają? Śpiewają "Hepi bersdej". Grube przegięcie!
No i ucz tu się człowieku!
I pomyśleć, że do dla chleba Panie!
P.S. Na dobitkę: wczoraj w chińskiej (!) restauracji dostałam meni po angielsku, Ukon po niemiecku oczywiście. A wcale, że się przy drzwiach nie odezwałam. Nie mówiłam po nieczemu, w ogóle nie mówiłam do jasnej ciasnej! Flagi na twarzy też nie było! Muszę chyba "wyglądać" skoro nawet Oni wiedzą :-P.
Przykład z soboty:
G: "Cwaj bier biitte!"
Jakiś tam barman: "Łot du ju prifer? Łicz łan?"
Dwie godziny potem chłopcy z kapeli, z którą przyjechałam mieli problemy z odzyskaniem swojej płyty. Koleś zajmujący się sprawą był nierozgarnięty, niezorientowany i w dodatku poczułam ALKOHOL!!! (No dobra, to akurat nic dziwnego w tej branży, bo był za fri). Sprawą zajęła się Galllena oczywiście, po angielsku tym razem, wrzeszcząc (pół głucha po koncercie byłam no i muzyka głośna była) oraz przeklinając (coś typu "faking problem"), wtem poczuła lekki szturch i usłyszała, że "mężczyzna ten nie mówi po angielsku". No fak! Myślałam, że "padnę do tyłu". Co za kraj! Jak trzeba to nie potrafią a jak nie trzeba to napierdalają tak, że głowa boli!
Poza tym to płyta się znalazła 15 sekund później, dzięki moim wrzaskom organizator zorientował się, że coś tu nie gra...
Co do języka to to samo było na kursie. Podzielili nas na drużyny (ja byłam z Rosjanką i Rumunką), dali karteczki z pytaniami i heja w miasto się zorientować. Oczywiście każdy odpowiadał po angielsku, norma no i weź to tłumacz na dojcz teraz! Bez sensu, więc in inglisz odpowiedziałam, że nie znam angielskiego i mówię jedynie po niemiecku troszeczkę. Wywołałam zmieszanie, następnie śmiech ;-). W końcu się poddałyśmy, zatrudniłyśmy pomocnika i poszłyśmy na piwo (no Bawaria w końcu, a że skład jaki był taki był...). Wygrałyśmy konkurs - oczywiście!
Ehhh Dojczland!
Wiecie,że oni tu nawet swojego "Sto lat" na urodziny nie mają? Śpiewają "Hepi bersdej". Grube przegięcie!
No i ucz tu się człowieku!
I pomyśleć, że do dla chleba Panie!
P.S. Na dobitkę: wczoraj w chińskiej (!) restauracji dostałam meni po angielsku, Ukon po niemiecku oczywiście. A wcale, że się przy drzwiach nie odezwałam. Nie mówiłam po nieczemu, w ogóle nie mówiłam do jasnej ciasnej! Flagi na twarzy też nie było! Muszę chyba "wyglądać" skoro nawet Oni wiedzą :-P.
sobota, 6 listopada 2010
Na cenzurowanym!
Przybył sobie gość - gość z Essen*.
No i zaś sie trza pilnwać cały weekend, aby nie palnąć głupoty!
Przynosząc Essen mówię Fressen**, co by to nie obrazić no i nie pomylić z nazwą miasta... Ciekawam jak to jest żyć w takim raju, mieszkać w Jedzenie, oni nie rozumieją jak to jest być z Katowic na przykład, ale człowieku tam to sie przynajmniej nie przejesz samymi słowami, a że młodzi jesteśmy to i uważać trzeba :-).
A i tak się wymsknie :-), to i przepraszać trzeba, co by to nie wziął do siebie.
Oj lajf is brutal, szczególnie w Dojczland!
Gość relaksuje się w wannie to ja szybciutko skoczę po Essen!
Ups?! No i jak tu żyć?
Zna ktoś jakieś polskie miejscowości typu śmiesznego lub dziwnego?
*Essen - niem. jedzenie
**Fressen - niem. żarcie
No i zaś sie trza pilnwać cały weekend, aby nie palnąć głupoty!
Przynosząc Essen mówię Fressen**, co by to nie obrazić no i nie pomylić z nazwą miasta... Ciekawam jak to jest żyć w takim raju, mieszkać w Jedzenie, oni nie rozumieją jak to jest być z Katowic na przykład, ale człowieku tam to sie przynajmniej nie przejesz samymi słowami, a że młodzi jesteśmy to i uważać trzeba :-).
A i tak się wymsknie :-), to i przepraszać trzeba, co by to nie wziął do siebie.
Oj lajf is brutal, szczególnie w Dojczland!
Gość relaksuje się w wannie to ja szybciutko skoczę po Essen!
Ups?! No i jak tu żyć?
Zna ktoś jakieś polskie miejscowości typu śmiesznego lub dziwnego?
*Essen - niem. jedzenie
**Fressen - niem. żarcie
sobota, 30 października 2010
Głupi = głuchy?
Kiedy proszę ludzi, aby powtórzyli coś wolno mówią owszem, w zmienionym tempie, ale niemalże wrzeszcząc?! Ciekawe... Galllena może i głupia, ale czy na pewno głucha? :-).
Używam stoperów podczas koncertów rockowo - metalowych, ale teraz to już pewna jestem, że ogłuchnę robiąc zakupy :-P.
Poza tym to znowu wylądowałam w Dojczland. Przyjechałam pewnego dnia nad ranem taszcząc ze sobą walizę mięsa oraz słoików. O filiżankach i ściereczkach nie wspomnę, hihi. Jedym słowem to nie ufam niemieckiej jakości no i smak mam jeszcze ojczysty.
Ach Polsko! Za chlebem Panie, za chlebem! :-)
Używam stoperów podczas koncertów rockowo - metalowych, ale teraz to już pewna jestem, że ogłuchnę robiąc zakupy :-P.
Poza tym to znowu wylądowałam w Dojczland. Przyjechałam pewnego dnia nad ranem taszcząc ze sobą walizę mięsa oraz słoików. O filiżankach i ściereczkach nie wspomnę, hihi. Jedym słowem to nie ufam niemieckiej jakości no i smak mam jeszcze ojczysty.
Ach Polsko! Za chlebem Panie, za chlebem! :-)
czwartek, 21 października 2010
Galllena odwiedza Ojczyznę
Spacerując wraz z bratem po rynku w rodzimej miejscowości Galllena zostaje zaczepiona przez starszą kobietę mówiącą po NIEMIECKU (!).
Staję jak wryta i gapię się oszołomiona. Przechodzący obok facet widząc sytuację tłumaczy na polski: "ona powiedziała: tamtędy przejścia nie ma". No ja wiem, że nie ma, ale czemu po niemiecku? Nie wygląda na... I weź tu wyjedź na tydzień DO OJCZYZNY! Na twarzy mam wypisane czy jak? Obejrzałam się cała, ciuchy kupione w Polsce, flagi dojczlandowej brak, torebka zakupiona owszem w szmatekscie z tym, że podobno włoska marka... Nie kapuję.
Brat odpowiedział, że "my wiemy, ale my do baru". Babcia zdziwiona: "O to pan po Polsku mówi?". Ja na to, że ja również. Kobieta: "A to gdzie ja ten niemiecki słyszałam?! haha". Nie wiem - ja myślę po Polsku nadal.
Za to sny mam ciekawe, po polsku, angielsku, niemiecku...
Aaaaaa... z nowinek - mam nową praacę w Dojczland. Jestem opienukną 8 miesięcznej Sofiji w niemiecko - włoskiej rodzinie. Ona do dziecka in Italienisz, on i Dżerman, a ja kaleczę :-D. Uczę się więc włoskiego. Jak to miło mieć jedno dziecko, normalnie latte machiato i pilniczek do paznokci chciałoby się rzecz! :-D
Staję jak wryta i gapię się oszołomiona. Przechodzący obok facet widząc sytuację tłumaczy na polski: "ona powiedziała: tamtędy przejścia nie ma". No ja wiem, że nie ma, ale czemu po niemiecku? Nie wygląda na... I weź tu wyjedź na tydzień DO OJCZYZNY! Na twarzy mam wypisane czy jak? Obejrzałam się cała, ciuchy kupione w Polsce, flagi dojczlandowej brak, torebka zakupiona owszem w szmatekscie z tym, że podobno włoska marka... Nie kapuję.
Brat odpowiedział, że "my wiemy, ale my do baru". Babcia zdziwiona: "O to pan po Polsku mówi?". Ja na to, że ja również. Kobieta: "A to gdzie ja ten niemiecki słyszałam?! haha". Nie wiem - ja myślę po Polsku nadal.
Za to sny mam ciekawe, po polsku, angielsku, niemiecku...
Aaaaaa... z nowinek - mam nową praacę w Dojczland. Jestem opienukną 8 miesięcznej Sofiji w niemiecko - włoskiej rodzinie. Ona do dziecka in Italienisz, on i Dżerman, a ja kaleczę :-D. Uczę się więc włoskiego. Jak to miło mieć jedno dziecko, normalnie latte machiato i pilniczek do paznokci chciałoby się rzecz! :-D
czwartek, 14 października 2010
Witam witam po wakacjach :D
Mam do czynienia z klasycznym kalejdoskopem. Przeprowadzka średnio co 9 miesięcy, raz na dzień nowy pomysł na życie
Począwszy od drugiego lipca obecnego roku kolejna Słowianka zajęła Dojczland. Jest tu nas coraz więcej, oj przewraca się „wujek A.” w grobie, oj niewygodnie! Ściągnę brata, kuzyna, kilku przyjaciół i szykujemy zamach stanu, bo czekać nie ma na co!
Czemu wyjechałam? Pojawił się Ukochany (nazwijmy go Ukon, z japońska trochę brzmi a więc może i nie nudnawo) !!!
Życie w Rajchu toczy się swoim tempem. Przywykłam już do wszystkiego. Chlebem powszednim stało się mylenie metra Ucwaj z Udraj, Szterngenberg sztrase z Szmutzenberg sztrase, gubienie się na starówce. Nauczyłam się, że przed wsiadaniem do Sztraseban należy spojrzeć na Richtung. Nie dziwi już fakt, że bus 63 nie jedzie w to samo miejsce co linia 64 oraz to, że czekając po jednej stronie Lałfu niekoniecznie spotka się osobę tuptającą nerwowo po drugiej. Nic dziwnego, że wykręcając język i w boleściach prosząc o pół kilo czereśni dostajesz kilogram oraz zamiast Bratwurszte pakują Ci Wajswurszte. Życie i kwestia przyzwyczajenia. Tak – kiedyś byłam blondynką :-D.
Mieszkam sobie w malowniczej Bawarii, mamy kawalerkę, tory kolejowe za domem, głośne samoloty przelatujące nad balkonem (chyba zaleta, lotnisko w pobliżu?!) i kota. Osada przeznaczona dla bogaczy, ale jest jeden blok, w którym żyje Galllena – tak, slumsy są nawet w Rajchu. Oj wyjechać za chlebem Panie, za chlebem… Gorąco polecam.
Co do trojaczków… historia nie jest długa. Nadarzyła się okazja, trzeba było powiedzieć papa i odpuścić. Reakcje były nerwowe, ale cóż począć, Teresa to nie jest moje nawet trzecie imię. Poza tym na końcu było już nie do wytrzymania. Dzieciaki jak to dzieciaki, trochę rozpuszczone, ale w porządku, wiadomo czego się można było po kim spodziewać. Natomiast mamusia – tylko pozazdrościć marudnego charakteru. Nie było żal odchodzić. Znalazłam tutaj dwójkę podopiecznych - tak dorywczo. Bardzo miła polska rodzina, Kornel ma 2 lata a Hania 8 miesięcy. :-) Słodziaki!
CDN
Począwszy od drugiego lipca obecnego roku kolejna Słowianka zajęła Dojczland. Jest tu nas coraz więcej, oj przewraca się „wujek A.” w grobie, oj niewygodnie! Ściągnę brata, kuzyna, kilku przyjaciół i szykujemy zamach stanu, bo czekać nie ma na co!
Czemu wyjechałam? Pojawił się Ukochany (nazwijmy go Ukon, z japońska trochę brzmi a więc może i nie nudnawo) !!!
Życie w Rajchu toczy się swoim tempem. Przywykłam już do wszystkiego. Chlebem powszednim stało się mylenie metra Ucwaj z Udraj, Szterngenberg sztrase z Szmutzenberg sztrase, gubienie się na starówce. Nauczyłam się, że przed wsiadaniem do Sztraseban należy spojrzeć na Richtung. Nie dziwi już fakt, że bus 63 nie jedzie w to samo miejsce co linia 64 oraz to, że czekając po jednej stronie Lałfu niekoniecznie spotka się osobę tuptającą nerwowo po drugiej. Nic dziwnego, że wykręcając język i w boleściach prosząc o pół kilo czereśni dostajesz kilogram oraz zamiast Bratwurszte pakują Ci Wajswurszte. Życie i kwestia przyzwyczajenia. Tak – kiedyś byłam blondynką :-D.
Mieszkam sobie w malowniczej Bawarii, mamy kawalerkę, tory kolejowe za domem, głośne samoloty przelatujące nad balkonem (chyba zaleta, lotnisko w pobliżu?!) i kota. Osada przeznaczona dla bogaczy, ale jest jeden blok, w którym żyje Galllena – tak, slumsy są nawet w Rajchu. Oj wyjechać za chlebem Panie, za chlebem… Gorąco polecam.
Co do trojaczków… historia nie jest długa. Nadarzyła się okazja, trzeba było powiedzieć papa i odpuścić. Reakcje były nerwowe, ale cóż począć, Teresa to nie jest moje nawet trzecie imię. Poza tym na końcu było już nie do wytrzymania. Dzieciaki jak to dzieciaki, trochę rozpuszczone, ale w porządku, wiadomo czego się można było po kim spodziewać. Natomiast mamusia – tylko pozazdrościć marudnego charakteru. Nie było żal odchodzić. Znalazłam tutaj dwójkę podopiecznych - tak dorywczo. Bardzo miła polska rodzina, Kornel ma 2 lata a Hania 8 miesięcy. :-) Słodziaki!
CDN
poniedziałek, 15 lutego 2010
Błędy bywają różne
Naszej - klasy powinni stanowczo zabronić!
Jestem za a nawet przeciw!
Powoduje ona utratę szacunku do osób ubóstwianych niegdyś w latach młodszych.
Oj Belraduś*! I co z tego, że w znajomych Cię posiadam (Zaakceptował... a może kolekcjonuje?).
Co z tego, że otaguję jutro, skoro widok Twój w kąpielówkach stanowczo „rozwala mnie”.
I jak tu spojrzeć w oczy, jak rękę podać, gdy nazbyt szczery uśmiech na twarzy i malowniczy pejzaż wciąż przed oczami?
NK w tym przypadku to stanowczy błąd taktyczno – strategiczny :-D.
Sprane majteczki kąpielowe od dziś kwintesencją siarczystej muzyki metalowej, oj tak!
Miało być o dziewczynkach po długiej przerwie, ale Galllena od grudnia absolutnie nie może się w powyższym temacie opanować oraz przestać śmiać. Powinni to leczyć! Opamiętaj się dziewczyno!
Och Bożyszcze... i biedna, biedna, biedna ja wierna fanka...
Oj Beldaro :-D!
*Starszy o 20 lat (tak naprawdę to o 12, ale twierdzi, że o 20, nie wnikam) pan z kapeli na B. z Górnego Śląska, której organizacji koncertów nie polecałam jakiś czas temu... ;)
Jestem za a nawet przeciw!
Powoduje ona utratę szacunku do osób ubóstwianych niegdyś w latach młodszych.
Oj Belraduś*! I co z tego, że w znajomych Cię posiadam (Zaakceptował... a może kolekcjonuje?).
Co z tego, że otaguję jutro, skoro widok Twój w kąpielówkach stanowczo „rozwala mnie”.
I jak tu spojrzeć w oczy, jak rękę podać, gdy nazbyt szczery uśmiech na twarzy i malowniczy pejzaż wciąż przed oczami?
NK w tym przypadku to stanowczy błąd taktyczno – strategiczny :-D.
Sprane majteczki kąpielowe od dziś kwintesencją siarczystej muzyki metalowej, oj tak!
Miało być o dziewczynkach po długiej przerwie, ale Galllena od grudnia absolutnie nie może się w powyższym temacie opanować oraz przestać śmiać. Powinni to leczyć! Opamiętaj się dziewczyno!
Och Bożyszcze... i biedna, biedna, biedna ja wierna fanka...
Oj Beldaro :-D!
*Starszy o 20 lat (tak naprawdę to o 12, ale twierdzi, że o 20, nie wnikam) pan z kapeli na B. z Górnego Śląska, której organizacji koncertów nie polecałam jakiś czas temu... ;)
czwartek, 31 grudnia 2009
Niech Nowy będzie lepszy!
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku życzą Galllena wraz z dzierlatkami :-).
Ogłaszam oficjalnie wszem i wobec, że D. mówi oraz liczy do trzynastu.
Operacja nocnik zakończona sukcesem w 1/3. Udało się w przypadku K., ponieważ tylko ona wyraziła chęć ścisłej współpracy, D. zgodziła się połowicznie jak dotąd, więc bierzemy się do roboty ostro od stycznia, a G. ... cóż, ciągle mówi "nie", będzie jak zwykle na końcu. Kolejności nie trzeba było losować, sprawę rozwiązało życie.
Męczą mnie humory szefowej. Kasiasta, zdrowa, ma znośnego faceta, wspaniałe dzieci, sympatyczną rodzinę, opiekunki, sprzątaczkę, egzotyczne wakacje dwa razy w roku, a zmierzła i niezadowolona jak sto pięćdziesiąt. Takim to by trzeba było zrobić półroczny obóz przetrwania w Iraku lub na Syberii, można by też potrząsnąć, na Onkologię Dziecięcą zabrać, do hospicjum lub noclegowni dla bezdomnych. Ech... bywa, że jest do rany przyłóż, np. przez telefon ostatnio :P. Czasami myślę, że powinnam pensję odebrać, pieprznąć robotą z dnia na dzień i najlepiej przez telefon. Nie, nie jestem taka, a poza tym to dzieci tylko by na tym ucierpiały, przejadę się jeżeli Ona tak postąpi, oj przeklnę wtedy. Dobrze, że nasze ścieżki rzadko się krzyżują.
Zdenerwowało mnie dziś pięciu Czechów oraz jeden Polak. Mężczyźni są nierozsądni, czyż nie?
Ostatnio spadłam dwa razy z konia w przeciągu piętnastu minut, mój pierwszy konny rekord, trzeba od czegoś zacząć, jak nie od zmywaka w Londynie to od stajni w Sośnicy, a był to trzeci upadek z tegoż konkretnego konia zaznaczam. Amarant, jazda na OKPLEPany tyłek, kopiąca Giga i niemyślący logicznie współjeździec skutkują siniakiem średnicy 8 cm na lewym półdupku oraz dwoma "ciastami spadkowymi" dla instruktorki. Życie!
Sylwester u mnie, ale zakładam, że przeżyję.
Miłej zabawy życzę!
Ogłaszam oficjalnie wszem i wobec, że D. mówi oraz liczy do trzynastu.
Operacja nocnik zakończona sukcesem w 1/3. Udało się w przypadku K., ponieważ tylko ona wyraziła chęć ścisłej współpracy, D. zgodziła się połowicznie jak dotąd, więc bierzemy się do roboty ostro od stycznia, a G. ... cóż, ciągle mówi "nie", będzie jak zwykle na końcu. Kolejności nie trzeba było losować, sprawę rozwiązało życie.
Męczą mnie humory szefowej. Kasiasta, zdrowa, ma znośnego faceta, wspaniałe dzieci, sympatyczną rodzinę, opiekunki, sprzątaczkę, egzotyczne wakacje dwa razy w roku, a zmierzła i niezadowolona jak sto pięćdziesiąt. Takim to by trzeba było zrobić półroczny obóz przetrwania w Iraku lub na Syberii, można by też potrząsnąć, na Onkologię Dziecięcą zabrać, do hospicjum lub noclegowni dla bezdomnych. Ech... bywa, że jest do rany przyłóż, np. przez telefon ostatnio :P. Czasami myślę, że powinnam pensję odebrać, pieprznąć robotą z dnia na dzień i najlepiej przez telefon. Nie, nie jestem taka, a poza tym to dzieci tylko by na tym ucierpiały, przejadę się jeżeli Ona tak postąpi, oj przeklnę wtedy. Dobrze, że nasze ścieżki rzadko się krzyżują.
Zdenerwowało mnie dziś pięciu Czechów oraz jeden Polak. Mężczyźni są nierozsądni, czyż nie?
Ostatnio spadłam dwa razy z konia w przeciągu piętnastu minut, mój pierwszy konny rekord, trzeba od czegoś zacząć, jak nie od zmywaka w Londynie to od stajni w Sośnicy, a był to trzeci upadek z tegoż konkretnego konia zaznaczam. Amarant, jazda na OKPLEPany tyłek, kopiąca Giga i niemyślący logicznie współjeździec skutkują siniakiem średnicy 8 cm na lewym półdupku oraz dwoma "ciastami spadkowymi" dla instruktorki. Życie!
Sylwester u mnie, ale zakładam, że przeżyję.
Miłej zabawy życzę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)