czwartek, 31 grudnia 2009

Niech Nowy będzie lepszy!

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku życzą Galllena wraz z dzierlatkami :-).

Ogłaszam oficjalnie wszem i wobec, że D. mówi oraz liczy do trzynastu.
Operacja nocnik zakończona sukcesem w 1/3. Udało się w przypadku K., ponieważ tylko ona wyraziła chęć ścisłej współpracy, D. zgodziła się połowicznie jak dotąd, więc bierzemy się do roboty ostro od stycznia, a G. ... cóż, ciągle mówi "nie", będzie jak zwykle na końcu. Kolejności nie trzeba było losować, sprawę rozwiązało życie.

Męczą mnie humory szefowej. Kasiasta, zdrowa, ma znośnego faceta, wspaniałe dzieci, sympatyczną rodzinę, opiekunki, sprzątaczkę, egzotyczne wakacje dwa razy w roku, a zmierzła i niezadowolona jak sto pięćdziesiąt. Takim to by trzeba było zrobić półroczny obóz przetrwania w Iraku lub na Syberii, można by też potrząsnąć, na Onkologię Dziecięcą zabrać, do hospicjum lub noclegowni dla bezdomnych. Ech... bywa, że jest do rany przyłóż, np. przez telefon ostatnio :P. Czasami myślę, że powinnam pensję odebrać, pieprznąć robotą z dnia na dzień i najlepiej przez telefon. Nie, nie jestem taka, a poza tym to dzieci tylko by na tym ucierpiały, przejadę się jeżeli Ona tak postąpi, oj przeklnę wtedy. Dobrze, że nasze ścieżki rzadko się krzyżują.

Zdenerwowało mnie dziś pięciu Czechów oraz jeden Polak. Mężczyźni są nierozsądni, czyż nie?

Ostatnio spadłam dwa razy z konia w przeciągu piętnastu minut, mój pierwszy konny rekord, trzeba od czegoś zacząć, jak nie od zmywaka w Londynie to od stajni w Sośnicy, a był to trzeci upadek z tegoż konkretnego konia zaznaczam. Amarant, jazda na OKPLEPany tyłek, kopiąca Giga i niemyślący logicznie współjeździec skutkują siniakiem średnicy 8 cm na lewym półdupku oraz dwoma "ciastami spadkowymi" dla instruktorki. Życie!

Sylwester u mnie, ale zakładam, że przeżyję.

Miłej zabawy życzę!

niedziela, 20 grudnia 2009

Złość i drobnomieszczaństwo

Zła... Grrrrr...
Jestem patriotką, tak, od urodzenia. Starałam się nie wierzyć w plotki typu "Nikt Cię tak nie sponiewiera jak drugi Polak. Szacunku spodziewaj się raczej od innych narodowości..." - do dzisiaj, a właściwie do nocy z wczoraj na dziś.
Generalnie to fajnie pracowało się ze Szwedami, jednymi i drugimi, mimo tego ich całego gwiazdorstwa. Serbowie - dżentelmeni i przekochani, słowiańskie dusze tak jak i moja. Niemcy - marudzili, ale nie brak im było kultury. Czesi - śmiesznie i miło.
Nadszedł "tudej" - Polacy, a miało być tak pięknie, wreszcie luz i zabawa, kapele prawie ulubione... Niestety wyszło inaczej. Nie polecam organizowania koncertu zespołowi na S. z Warszawy, rodowici Warszawiacy, cóż... a jeden wysilał się nawet na charakterystyczny akcent... M A S A K R A. Wokalista jest prostakiem, mimo wielce inteligentnych docinek. Mój przyjaciel pocieszał, że On taki jest, ma takie a nie inne poczucie humoru i nie powinnam się obrażać. Dla mnie jednak "poczucie humoru" nie powinno być równoznaczne z brakiem kultury, czyż nie?
Ziomale z kapeli na B., zdecydowanie NIE POLECAM, a dotąd jedni z ulubionych, starzy wyjadacze... Być może za długo już w ciemnym biznesie. CWANIACTWO przez duże C.
Niesmak i zgorszenie.
Żeby jeszcze zarobek był...
Pomyśleć, że wstać mam o 8.00, czyli już za niecałe sześć godzin, następnie wizyta w stajni, a ma być minus dwanaście, potem muszę ulepić z jakieś 100 pierogów z kapustą w tempie ślimaczym, a wieczorem obiecałam koleżance, że wpadnę na jej urodziny, jak nie przyjdę to się OBRAZI.
Nadeszła chyba noc, że ma się dość wszystkiego ;-(.
A powyższe to pisane w złości i dlatego, że spać nie mogę oraz zmarzłam.
Pa

poniedziałek, 14 grudnia 2009

EŁROSITI, tiaaaa...

Komfortowym pociągom mówimy stanowcze "NIE". Dlaczego? Już tłumaczę...
Historia tylko wygląda na długą, ale w rzeczywistości...
Zaczęło się jak zwykle, czyli od zacnej idei, a mianowicie: "Nie no do jasnej ciasnej! Mam dość! Ja tu już ledwo wytrzymuję! Od Dzierlatek należy się stanowczo odseparować mentalnie przynajmniej na dni dwa!"
Widząc chodzący kłębek nerwów pewien znajomy począł wyciągać biedną Galllenę na wyprawę do pepiczkowego królestwa, korzystając z zaproszenia znajomych muzyków obojga, a okazją stał się koncercik w Ostravie. Długo nie musiał naciskać albowiem posiada jedną wadę - asertywność przy nim pada na łeb, na szyję, pojawia się demencja starcza w postaci zapominania słowa "NIE".
Był piątek i wyprawa wymagała nie lada poświęcenia, Galllena wstała dokładnie o 4.10, aby na 6.00 odwiedzić pracowe potworki, modliła się, aby autobus przyjechał i nie rozkraczył się po drodze ponieważ Emilcia od dnia poprzedniego kiedy to niespełna dwuletnie latorośle wyprowadziły ją z równowagi (nie potrafiąc samodzielnie zjeść kaszki, wrzeszcząc oraz mocząc spodnie, bezczelność nie? W tym wieku takie rzeczy? Powinny już jako noworodki posiadać takie umiejętności, nie? Pewnie ona już wtedy potrafiła! A co!), więc gdyby pojawił się problem z dojazdem i mamusia nie mogłaby o 6.15 wymiksować się do pracy, to wszystkie mogłybyśmy tego po prostu nie przeżyć! Galll skończyła o 14.00 i heja w świat, aby z Pepikami spotkać się około godziny 19.38. Potem koncercik, tralalala... Było ciekawie oraz wzbudziliśmy ogromne zainteresowanie w klubie :-). Reakcje pozytywne, ale zabić nas pytaniem typu: "A czemu Wy o Nas "Pepiki"?" to po prostu musieli. No właśnie, czemu? Jedyną sensowną odpowiedzia było "Bo tak! Grozisz mi?!" :-). Podobno Czech Polaka rozumie świetnie, a odwrotnie to pojawiają się problemy, no i z angielskim u nich tak kiepsko jak u nas, a poza tym to namierzylismy kilku cwaniaczków, ale nie pozostaniemy dłużni przy rewizycie :-). Pozdrawiam! :-)
Powrót niestety był długi i zaskakujący.
Jechaliście kiedyś "Eurocity z Wiednia do Warszawy Wschodniej"? Ja miałam okazję, pociąg był tak cholera komfortowy, że zamiast wzruszyć się do łez to o mały włos, a nasza wycieczkowa trójka obudziłaby się w owej Wawie, a nie przed docelowymi Katowicami, oj bym klęła wtedy, oj, oj jak bardzo! A konduktor ostrzegał o godzinie 3.23, że "Katowice będą o 4.20, nie prześpijcie stacji, bo następna to W-w"", ale zgromadzeni "Oj to się nie zdarzy, mamy budziki!", który nastawiła jedynie Galllena i ten postanowił nie zadzwonić, ponieważ posiadał opcję "weekend" a zrobiła się sobota...("samunio" leniwy, oj poczekaj Ty! Już ja Cię zapoznam - ze ścianą!). Obudziliśmy się! O 4.19 wjeżdżając na peron stolicy GŚ... a tu glany trzeba ubierać i wiązać (co nie jest proste), traperki, a tu zebrać tobołki... Jak kurde polski pociąg może być tak punktualny? Pogięło go czy jak? W dodatku nie trzęsło! Masakra jakaś. Zasnęłam jeszcze podczas dłuższego postoju w kraju naszych sąsiadów i nie spadłam na podłogę, gdy ciuchcia ruszyła, mało tego - nie ocknęłam się nawet na sekundę! I to ma być kurde środek publicznego transportu?! A może to ja obywatelstwo zmieniłam i nie wiem jeszcze?! Reakcja wspomnianego znajomego była niestety bardziej nerwowa, ponieważ on ze względu na gabaryty miał nieco problemów z pozbieraniem się i tu cytuję: "Pieprzony kurde komfortowy pociąg! Gniazdko na laptopa przy stoliku?! Nie no! To już jest po prostu chamstwo! Ogrzewanie? Amortyzatory? Bezczelność! Regulowane zagłówki? O ja pierdolę! Całe szczęście, że w wucecie nie byłem, bo gdybym najmniejszą fotokomórkę wyczaił to by mnie chyba szlag trafił!".
A wspomniałam może o ochronie w każdym wagonie? Nie? To szkoda, bo była. No i konduktor o 3.20 sprawiał wrażenie wyspanego, miłego i zadowolonego z życia. W jakim my kraju kurde żyjemy? A bilet normalny z Ostravy do Katowic wraz z wypisaniem jedyne 20,50. N I E W I E R Z Ę.
Tak na prawdę to gdy się ocknęłam to aż żal, że wysiadać trzeba było, bo w domu lepiej nie mam!
DAJĘ SŁOWO!

sobota, 5 grudnia 2009

Odpisując na komentarze...

Latem jeszcze wydawało nam się, że są za małe na odpieluchowanie. Tak jakoś myślałam, że jeszcze nie załapią. Teraz widzimy, że bestie są zdolne, cwane i doskonale wiedzą co w trawie piszczy. Leniuchy... One podobnie jak Lalutka też nie chcą pieluchy, ale nie chcą też siadać na nocnik, wiecznie tylko negocjujemy i ewentualnie przekupujemy, co nie jest dobrą metodą i ja to wiem, ale nie wie tego "góra" jak widać, a że mamy monitoring... Szefowa kupiła nakładkę na kibelek dla dzieci, ale szczerze powiedziawszy to ja jej nie zamierzam używać. Dzieci są ważne dla mnie, owszem, uwielbiam swoją pracę i na prawdę się staram, ale ja również jestem w tym wszystkim istotna. Ważą od 12-13 kg, a tak kilka razy dźwignąć każdą na kibelek to chyba kręgosłup już w ogóle odmówi mi posłuszeństwa, podnoszenia mamy dość, lepiej posadzić na nocnik.
Tak w trzech słowach: "nie idzie dobrze", kiepsko, zniechęciłam się po pierwszym tygodniu. Nocnik "be", a jak pojawi sie jakaś niespodzianka w pięknych majteczkach i spodeneczkach to tylko śmiech i jakoś nie wyglądają na takie, którym byłoby nieprzyjemnie. Dziwne dzieci. Poza tym nawet jak ćwiczymy cały tydzień to w weekend jest jeden z rodziców zwykle czy dziadkowie, a im się nie chce, więc cała nasza tygodniowa robota idzie się "j****", bo dzieci uczą się przez powtarzanie, konsekwencję i dwa dni przerwy w tym przypadku nikomu nie wychodzą na zdrowie.
Moja mama mówi, że może sposobem będzie wzięcie się za nie pojedynczo, kolejność wylosować i jak nauczy się jedna to reszta pójdzie za nią. No i jedno dziecko łatwiej przypilnować. Tylko gdzie tu sprawiedliwość. Jak myslicie? Dobry pomysł?
Do stycznia... tiaaa... Foksal zaoszczędzi na Sephorze.
A tak z nowości to D. powtórzy już wszystko, więc trzeba uważać i potrafi liczyć do dziewięciu, a cyfry rozpoznaje do pięciu, każdą potrafi nazwać. Literki z alfabetu wybiórczo też rozpoznaje, czasami bierze do ręki książeczkę, otwiera i sama pokazuje sobie takie większe literki i je nazywa śmiejąc się przy tym fajnie. Dostała nową ksywę od dziadków - "kujon". Przypominam, że dwa lata skończy dopiero pod koniec stycznia :-).
K. coraz bardziej przypomina Dodę i tak też rodzina zaczęła do niej mówić :-D.
G. po terapii antbiotykowej spokojniejsza. Widocznie faktycznie od dłuższego czasu coś ją męczyło, zostały jej tylko niewielkie ataki histerii, od czasu do czasu położy się na podłogę, ale już przynajmniej nie wali w nią głową...
Co tam jeszcze... Aaaaa, wczoraj próbowałyśmy piec pierniki. Mamusia, ciocia, kuzynek, dziewczynki i ja. Przypuszczałam jak to się skończy i nie pomyliłam się. Były oczywiście nerwy i hasło Emilii: "Co mnie podkusiło, aby wziąć trzy dni wolnego! Ja tu nie wytrzymam! Nie dam rady!". Ja to bym pozwoliła raz w roku upieprzyć całą kuchnię, ciastka by wyszły jakie wyszły, macane, ślinione czy spadnięte, ale radość by była przynajmniej, nauka i zabawa. Oczywiście ona nakupowała foremek do odciskania, lukrów, posypek, pierdółek, a dziewczyny niestety za małe na "ciastka idealne", mają za mało siły, aby odcisnąć perfekcyjnego aniołka czy choineczkę, a niech by była jaka by wyszła, ale nie bo musiała być "picuś glancuś". Wszystko je ciekawiło, polukrować chciały ciastka wraz ze stołem, a wciśniętą w pierniczek ozdóbkę wyjąć i sprawdzić czy da sie ją odzyskać, nic dziwnego, przecież tak się uczą i normalnej osobie by to nie przeszkadzało, a poza tym odkąd jest pani Ela to i sprzątania na co dzień nie ma, więc i mamusi tips by się nie złamał od zmywania lukru czy zamiatania posypki. Nawet kuzynowi się oberwało, ma 5 lat i chciał, aby jego ciastka były czerwone, wszystkie, ale oczywiście nie mogły być, bo "mamy tyle posypek, po co robisz takie same ble ble ble", a niech by robił czerwone i co jej do tego. Jednym słowem: "nieprzyjemnie". Niestety nie wyszło książkowo jak w familijnym filmie, gdzie uśmiechniete dziewczynki z warkoczykami w fartuszkach pieką kolorowe ciasteczka. Tatuś też nie dopisał i o to też haja, miał wszystko nakręcić, a tym czasem zamknął się w swoim biurze z laptopem i telefonem, dużo pracy... W sumie to: "biedne te dzieci".
Cóż... oby za rok było lepiej, dziewczyny dorosną a Emilia może coś zrozumie. Może porzuci poradniki i pomyśli...
Dobranoc.

piątek, 27 listopada 2009

Rzuć pampersem razem z nami!

Nocnikowa olimpiada oficjalnie uznana za otwartą, w konkurencji "wołaj, siadaj, trafiaj" wystartowały jak na razie D. i K., G. została tymczasowo wykluczona z rywalizacji ze względu na kłopoty zdrowotne - biegunia, czyli pakiet poantybiotykowy, tym razem niespodziewanym gratisem jest także wysypka, jakże kochamy ten sport. Pozostałe dyscypliny przeznaczono dla opiekunek, podziwiać możemy m.in. "bieg po podwyżkę przez kałuże", "ścieranie na czas ręcznikiem dowolnym", "dopasuj kolor nocnika do humoru osobnika", "czyj to produkt?", "mistrzostwa w prasowaniu" oraz "cierpliwość bez granic".
Zaczęłyśmy dzisiaj z grubej rury. Pampersy zdjęte, majteczki w kropeczki dla dużych, sikających na nocnik dziewczynek założone, z zakładaniem spodni był problem ponieważ gdy założy się dresik to nie można podziwiać pięknych majteczek, ale dały się przekonać bo"Galllena i Ala nie chodzą przecież w samych majtkach, prawda?". Pierwsze koty za płoty, wiadomo, że nie wołały, kilka razy udało się w porę wysadzić. Gdy D. pierwszy raz nie zdążyła przerażona uciekła w płacz, K. natomiast strasznie to rozbawiło i to jest niepokojące dosyć. Używałyśmy różnych metod, ile tłumaczenia było, to takie nasze pierwsze babskie rozmowy, chyba wszystkie byłyśmy strasznie przejęte. Dziewczynom się podobało, od poniedziałku zaczynamy znowu.
Pierwszy dzień zmagań za nami. Bilans (wliczając biegunę G.): dziewięć par brudnych spodni (każdy miał trzy próby), sześć par mokrych skarpet, zalane buty, kilometry zużytych ręczników papierowych, trzy body do prania (po pierwszym przebraniu założyłyśmy zwykłe koszulki), sześć par majteczek do dezynfekcji, kręgosłupy do wymiany, ciała na wpół żywych opiekunek do utylizacji.
Pozdrawiamy - sikające dzierlatki oraz wykończone opiekunki.

środa, 18 listopada 2009

Stało się!

No i stało się! Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi. Chciałyśmy przejechać instruktorkę - ja i Ambrozja, skończyło się na potrąceniu... Poza kilkoma obelgami to płazem uszło, Gidze by się zapewne bardziej oberwało, ale, że Ambrozja to przewodnik tego stada i najstarsza to jakoś nam to zapomni, a przynajmniej mamy taką nadzieję. Ledwo do domu doszłam, padam na ryjek, Ambrozja na końcu nawet się zezłościła, obie miałyśmy dość, nie wychodzą nam równe kółka i przekątne, ja to zawsze z geometrii byłam kiepska! :-D
Mam nowe dziecko - Samsung Avila, dotykowy i w tym momencie przynajmniej raz nie żałuję, że nie posiadam tipsów. Szefowa ma i klnie, a w dodatku ciagle jeździ na poprawki czy doróbki, a niech sobie ma! Ja mam Samsunia i sprawne paluszki:P.
G. nadal bez zmian i posiada katar, reszta to samo plus K. ma agninę, a D. założone oskrzela. Superancio, co? Bosko! Miodzio! W takie dni jak te uwiebiam swoją pracę!

Emila mnie dzisiaj zmotywowała oraz zaszantażowała, przytaczam dialog:

Galllena: Przewinęłam wszystkie! Nocniki zostawiły puste...
Emila: Hmmmm... to w Waszym interesie leży, aby je nauczyć...
(tu pomyślałam, że walnie kazaniem na temat wyższości mycia nocników, przebierania i ścierania podłóg nad przewijaniem, pewnie by miała rację nawiasem mówiąc, ale nie o to poszło...)
E.(kontynuuje): ...bo będą nocniki to będzie podwyżka... na pampersy wydajemy średnio 500 zł miesięcznie. Nie to, że nie chcę Wam dać, ale że będzie nam łatwiej finansowo...

Aluzje wszelkie pojęłam. No to zaczynamy! Zna ktoś dobre sposoby? To przyrównam ze stosowanymi.

Wiecie, że D. potrafi powtórzyć już prawie wszystko i ma ładne "r". A "panterą" to mnie zagięła! :-D Mądre dziecko! :-D

sobota, 14 listopada 2009

W marzeniach...

Wężon podała zarobki moich marzeń za wykonywaną pracę, no właśnie problem w tym, że tylko "marzeń".
Przyznaję publicznie, że zostałam hostessą. Miałam sobie nie poradzić i wrócić z płaczem do domu, ale pierwsze sześć godzin jakoś przeleciało, nikt mnie nie opluł, nie wyrzucił i dziś idę znowu. Całe szczęście, że nie mam płacone od ilości sprzedanych artykułów, bo chyba bym wyleciała od razu, kasę zbieram od godziny stania. Mam obciachowy mundurek, pustą torebkę i nie posiadam zegarka, więc czas mojej pracy normuje laska stojąca na promocji pięć metrów dalej za dwa razy większą kasę z tego co usłyszałam, na pocieszenie powiedziała, że też zaczynała jak ja :-/.
Wczoraj z rana G. mnie wykończyła, nie wyszłam z siebie, ale poczułam jak bardzo dorosły może być bezsilny wobec dziecka. Zaczęło się jak zwykle, coś ją wkurzyło i nie wiadomo co tak na prawdę, wyciągała rączki po jedzenie, ale ja podawałam to z wściekłością wyrzucała. Wrzask, rzucanie krzesłami i innymi przedmiotami. Wylądowała najpierw w kącie, a potem w łóżeczku z herbatką, którą oczywiście wściekle wyrzuciła, problemem było nawet zaniesienie jej na górę, bo to się wije, wrzeszczy, kopie, odpycha, kiedyś razem zlecimy z tych schodów. Długo krzyczała, a ja, D. i K. chciałyśmy wyjść na spacer, uspokoiła się trochę, więc postanowiłam zabrać i ją. Spodnie udało się ubrać, skarpetki, bluzę już podstępem, czapkę a kurtki za nic, bo ta sama histeria. Siostry wyszły a my dwie zostałyśmy negocjować, niestety znów to samo co wcześniej. To pomyślałam - "teraz to pewnie głodna", więc mleko i do góry, butelka wylądowała oczywiście chwilę potem z hukiem na podłodze, a ja zamknnęłam drzwi i wyszłam. Zabrałam monitor i poszłam do dziewczyn. Krzyczała jakieś 20 minut i zasnęła, jak wychodziłam do domu to jeszcze spała. Czułam się jakoś tak fatalnie, gdzie zawiniłam? Biedna G., nie mam innego pomysłu, zawsze postępujemy podobnie i skutkuje. Nie wiem co jest temu dziecku. Emilia stwierdziła, że "miała cieżką noc".
Zaniedbałyśmy chyba nocniki, pod koniec stycznia będą miały po dwa lata, a żadna nie zgłasza potrzeb. Czasami się uda (sadzamy jak widzimy oznaki idącego "be). Był taki moment, że nocnki stały w pokoju i laski pokazywały na nie i wołały "sisi", ale zwykle były to fałszywe alarmy, a co 5 minut któraś chciała siadać, a jak siadała jedna to chciała i druga i trzecia, przez cały dzień mogłyśmy nie robić nic innego poza tym treningiem czystości, więc same to ograniczyłyśmy co było błędem jak widać teraz, bo w ogóle przestały wołać :-/. Porażka ogromna :-/. Teraz stosujemy nagrody za pełne nocnki, ale w 75 procentach bywają puste, a Emilia obiecała, że na drugie urodziny przestaje kupować pampersy...
Szefowa dostala podwyżkę, chwaliła się nawet, że zarabia więcej niż Tomek. Fajnie... Dzięki temu będzie przychodziła dwa razy w tygodniu pani Ela - sprzątać. Z jednej strony pozytywnie, bo odpadnie nam sprzątanie pokoiów i łazienki dziewczyn, ale z drugiej skoro i tak to robię to mogła mi zapewnić większą kasę. Olać, przynajmniej nie wykończę swojego bolącego ostatnio kręgosłupa. Noszenie i podnoszenie ciężkiej trójki zaczęłam już odczuwać. Obowiązuje już od dawna zakaz noszenia dzieci, ale po schodach trzeba wnieść czy podnieść czasem.
Boli już po 5 minutach stania czy siedzenia, nie boli jak chodzę w szybkim tempie :-).
Niby mam weekend, ale wolne i tak dopiero jutro.
Idę dzisiaj po hostessowaniu na urodziny znajomego odstresować się troszecczkę. :-)
Pa

niedziela, 1 listopada 2009

Nowinki jajcarsko - niekulinarne, bo śmiać się można ze wszystkiego

Ataki złości G. są po prostu nie do zniesienia, nawet moja święta cierpliwość się powoli kończy.
Wygląda to jak w typowym odcinku "Superniani". Czegoś jej zabronię i wtedy się zaczyna wrzask (G. znana z pojemnych płuc i barytonu), rzucanie zabawkami, krzesłami!, czasami potrafi walnąć głową w bramkę, ścianę tudzież drzwi, raz plunęła na K.. Odstawiamy do konta, gdzie się drze lub próbuje aktów autoagresji. Masakra... Mam nadzieję, że kąt zadziała i to się skończy.
D. korzystając z chwil nieuwagi podchodzi do sióstr i wymierza niezliczoną ilość policzków otwartą dłonią. Czemu? Akurat o tym nie chce rozmawiać.
K. nadal ostrzy zęby.
Mają już swoje ulubione kolory! K. oczywiście różowy, D. zakochana w żółtym a G. lubi czerwony :-).

Galllena została doceniona! W końcu! Otrzymałam premię w wysokości 102 zł za pracę po 10 - 12 h dziennie. Wychodziłam na wpół żywa, niedożywiona i przewodniona, ale jak widać opłacało się, oj tak.
Zaszalałam oczywiście za tą magiczną kwotę, a mianowicie w mojej szafie pojawiło się pięć całkiem nowych par skarpet, ciepłe rękawiczki oraz... uwaga, uwaga - było mnie stać na kawę z ciastkiem i to na mieście w porządnej kawiarni. Nie no... takiego czegoś to Galllena się nie spodziewała, przeszło najśmielsze oczekiwania, wzruszyłam się no, więc ukłonię się nisko w poniedziałek szefowej :-D. Ba! Uklęknę nawet :-). Hehe, batki w następnym miesiącu (jeżeli premia będzie), a te co mam pozaszywam, mimo kryzysu nici wraz z igłami to ja mam - po babci, "dobre bo niemieckie", a wszystko co z Niemiec to lepsze podobno, bo kupione za marki i z Aldiego czy jakoś tak :-P.

Ostatnio ustawicznie nie mogę się dogadać ze swoją konną instruktorką, dziwne to. Podobno obie mówimy po polsku.
Ania: Zrób koło.
Galllena i Giga posłusznie wykonują polecenie, nawet kłusując radośnie przy tym, wolno acz wesoło...
Ania: To jest za ciasne! Nie! Nie! Nie! Nie tak! Takich ciasnych kół to nawet na Grand Prix nie robią!
Galllena: Popatrz, a my potrafimy! Dobre jesteśmy! Marnujemy się tutaj!
Ania: Ja się pójdę dzisiaj upić, a wy poprzestawiacie sobie łopatki! Poza tym to żywiej bo ten koń zaraz się przewróci!
I pogadały my! No i jak to rozumieć drugą kobietę. Skoro "nie robią" a nam wyszło to powinnyśmy choć kasę jakąś zgarnąć czy dyplom dostać a tu same obelgi :D. I czemu "żywiej" skoro koń ma się przewrócić? Ja uwielbiam Gigę i na to to ja nie pozwolę. A niech będzie spacerkiem!
I tak ogólnie jakoś to ona o mnie i Gidze to tak bez entuzjazmu, dość ma naszych kłusów rozpaczliwych, stępów śpiąco - pogrzebowych czy jak? Ma rozrywkę za darmo i narzeka jeszcze. Baby takie są. No nie rozumiem, Giga chyba też nie :-D. Powinnyśmy być oburzone.
Aaaa, sorry, raz nas pochwaliła i to całkiem niedawno gdy zjeżdżając z górki nie poszłyśmy w galop ani nawet w kłus, presja była ogromna bo szła przed nami, więc gdyby nam nie wyszło jak to ma miejsce zwykle to następnej jazdy by nie było, Galllena zamieszkałaby w Australii a Giga w rzeźni - na krótko. Zgrany z nas duet, "cielaki dwa" mawiają... Cielęce oczy to my mamy, obie jesteśmy całkiem, całkiem, ale reszta jest cielątka zaprzeczeniem.

Poza tym to dziś na jednym z cmentarzy wypatrzyłam stoisko z balonami - takimi na hel co to jak się dychnie to się śmiesznie mówi, takie przeciwieństwo do grobowego tonu. Chciałam nawet zakupić jeden, ale z trupimi czachami nie mieli, a szkoda, bo klimat taki, że szkielet najbardziej by pasował :-D. Zniczy z pozytywką "Wstań nie jesteś sam" też nie było, marny jakiś ten cały festyn w tym roku. W zeszłym to nawet gofry mieli - nabyłam, dobry był. Zakupiłam za to żelka - węża i mój brat - Fomb też. Fombek jak to on zaczął się wygłupiać więc ja mu na to, że "halloween było wczoraj", na co smarkacz zapytał "czemu więc nie zdjęłaś kostiumu?". Tak do starszej siostry! Bezczelny! :-)

Biedna, oj biedna Galllena, prześladowana w pracy, w domu i na zajęciach dodatkowych nawet!

Miłej resztki niedzieli!

Ciao!

P.S. Skorzystałam z wpłatomatu! Był pot, krew i łzy! Było też "O jezus Maria i co teraz!?" gdy nagle wyskoczyła informacja "NIEROZPOZNANE BANKNOTY", pomyślałam sobie, że pewnie są fałszywe, wpłatomat je zżarł i już nigdy ich nie odzyskam, lepsze były te fałszywki niż nic... ulgę jaką odczułam gdy wypluło stówę z zagiętym rogiem można sobie wyobrazić. A że jestem sprytna to myk myk, wygładziłam, wsadziłam spowrotem i wygrałam - z maszyną!

Galllena jest odważna i nie lubi melisy.

wtorek, 27 października 2009

Demon przepędzony

"Pannnn" już sobie poszedł, "nie ma" i bezradnie rozkładają ręce.
W końcu.
D. potrafi wymówić swoje pełne imię. Podpowiem, że nie jest łatwe :-).
Metoda "kąt" działa. Wszystkie bestyjki już wiedzą co wolno a co nie. Często nawet nie protestują gdy muszą iść w wymienione wyżej miejsce, nawet z daleka potrafią wskazać palcem, mamy postrach. Dobry sposób i nie trzeba kupować jeżyka czy dywanika, "kąt" jest w każdym domu :-).
Ściemniają, udają i jeszcze raz ściemniają.
D. sama z siebie staje w kącie, pociera oczy i udaje, że płacze. Może wie już, że mamy monitoring i chce wzbudzić litość w rodzicach lub wylać mnie z roboty? Niby metoda "kąt" to pomysł właścicieli dzieci, ale kto ich tam wie. Nie zdziwiłabym się, na filmie bez głosu pewnie wygląda groźnie.
K. włożyła lalce palec do buzi i po chwili przybiegła z "półkrzkiem" i wyciągniętym przed siebie owym paluszkiem. Galllena: "Lala Cię ugryzła?", K: "Tiaaaaa!!!", Galllena: "Lalki nie gryzą :-D ściemniaczku!" i tu widzimy diaboliczny uśmieszek K. ...
Pewnego razy przewijam G. z tekstem "Co my tu za niespodziankę mamy?", otwieram pampersa, zaglądam i słyszę grube głosisko G. : "Taaaadaaaaammmm!!!", fakt - było co oglądać.
Zaliczyłyśmy jeden śnieżny dzień. W zeszłym roku były na tyle malutkie, że pewnie nie pamietają tego ciekawego zjawiska. Reakcje typowe dla miejskich dzieci mieszkających na wsi:
  • K.: "Be, be, be. Fujjjj..." i pisk. Nie chciała dotknąć, nie chciała chodzić po tym "be".
  • D. w płacz. Nie chciała wejść na śnieg, a gdy ją przekonałam i doszłyśmy do bramy to bała się wrócić spowrotem, więc na ręce i do domu.
  • G. jak zwykle "wszystko jedno", do rączek śieżki nie wzięła, chodziła przewracajac cię bez przerwy. Zamokła, więc też szybko odesłano do domu.
Zmutowane te dzieci, prawda?

niedziela, 18 października 2009

Paaaaannnnnn...

Tak, żyję i postanawiam się poprawić.
Przeprowadziłam się i mam internet.
Przeżyłam potop serbski i mam nawet serbską monetkę, nie wiem ile jest warta, ale pasuje do wózka w Lidlu :-).
D. wciąż pyta o to samo, hasło "a to" i "a Da.?" leci na okrągło przez cały dzień. Galllena cierpliwie odpowiada, płacą jej za to, a poza tym D. ma taki piękny głos, taki z chrypką... Zwykle leci wyżej wspomniane, a jako przerywnik "a mama?, a tata? a baba? a dziadzia?" Odpowiadam i słyszę: "a to to to?" I na które "to?" ja mam odpowiedzieć". Biedna, oj biedna... Dobrze, że jak na razie tylko D. pyta, co będzie potem?
D. odróżnia kolory! Potwierdziłam naukowo. Na razie nauczona zielonego, żółtego (jej ulubiony), niebieskiego i czerwonego. Zapytana o kolor przynosi kredkę tej barwy. Dumna jestem! Nauczyłam!
Wszystkie zapytane o wiek podadzą, że mają "dwa" i pokażą na palcach :D. Dwa będzie pod koniec stycznia, ale jak tu nauczyć półtora? Palce mam poucinać czy język? Mają dwa i koniec. Jest na zapas i kolejny rok!
Wchodząc do pokoju G. w ciemności usłyszysz "ktoooo toooo?" wypowiedziane tonem horrorowym, nawet się nie wystraszyłam, tylko uśmiechnęłam i zabrałam potworka :D.
K. widzi w domy "pana". Kiedy wchodzę do jej pokoju często mówi "pannn", jest wystraszona wtedy. A jak pytam "czy był tutaj jakiś pan?" odpowiada, że"tak". Pytam: "gdzie był pan?", wskazuje kąt, ja na to: "nie było żadnego pana, nie ma", a ona: "pannnn". Grrrr... boję się. Sytuacja w salonie: przestraszona K.: "Pannnnn" i pokazuje palcem miejsce. Galllena: "Jest tu pan?", K:"Tak, tammm.." i pokazuje... Galllena do G.: "G, widzisz tu jakiegoś pana?" G: "Taaaak". Galllena: "Gdzie jest pan?", G: "Taaaaammm" i pokazuje to samo miejsce co siostra... Nigdy nie wierzyłam w takie rzeczy, ale to dziwne jest. Pewna osoba uznała, że "być może K. ma dar i faktycznie jest tu jakiś pan", ona tak spokojnie o tym, a ja nie wierzę, ale jak jest. Ojejku! Zmroziło mnie i poszłam się napić. D. już nie pytałam bo ona najwięcej kojarzy i jeszcze by go opisała a tego wolę uniknąć.
Jutro muszę iść do pracy, wezmę czosnek i drewniany kołek.
Galllena jest odważna.
Taaaaakkk...
A może Melisy?

czwartek, 10 września 2009

Potop

Znowu miałam potop szwedzki, ponieważ lubię opiekować się dziećmi - wszystkimi, nawet takimi dużymi, po trzydziestym roku życia, byli to mężczyźni, ale to akurat nie trudno zgadnąć. Zimni, bo ze Skandynawii, nawet napiwku nie dostałam, grrrrr... i potem się dziwią, że w Polsce dużo faszystów.
Poza tym przeprowadzam się, będę miała blisko do Lidla, Tesco, Billi, parku, świętego spokoju i dziadków. Organizuję koncert znowu i miałam pierwszą jazdę na OKLEPany tyłek, masakra, jaak tu nie piszczeć, powinnam kupić rumianek, korę dębu, rivanol oraz się wietrzyć, jako położna wiem najlepiej co potrzeba bolącej pupie. Zrozumiałe, więc blogowanie nadal leży...
Laski stają się coraz bardziej oryginalne, każda tak strasznie różna. Dziwnym trafem aniołkami są z nami, natomiast paskudkami gdy tylko w domu jest któreś z rodziców. Dziwne... Nasz plan legł w gruzach, chciałyśmy z Alą zachęcać do rodzicielstwa w pełnym tego słowa znaczeniu, a tu dupa, one zniechęcają mają w tym cel widać.
Pozdrawiam!

piątek, 28 sierpnia 2009

Sraczka!

Jak nie urok to sraczka...
Nauczyły się, że syropy to nie trucizna, otwierają śliczne buźki i wlewam. Dziwnie mi aż, że nie trzeba na siłę... zmądrzały? O matko... one są już takie dorosłe! ;(
Co z tego skoro sraczkę mają wszystkie...
Nawet D., która nie bierze antybiotyku.
Wyobrażacie sobie srające wiecznie trojaczki? Jak nie to na życzenie opiszę... Dajcie znać.
Calcium i Ceruvit muszą tak działać.
Mimo elektrolitów, lakcidów, Smecty...
Masakra, po laskach biegunki nie widać, natomiast po Galllenie pod koniec dnia owszem, czarno na białym widać w zmęczonych oczach.
Dziś tata Tomek w pracy i wielce zaskoczony, że G. jelitowe kłopoty ma już od zeszłej soboty...
"T: Od kiedy G. ma biegunkę?
Ja: Od soboty. (w myślach wielkie zdźiwko, że to coś dziwnego w ogóle)
T: Od soboty?! To czemu ja nic o tym nie wiem?!
Ja: Nie wiem czemu Ty nic o tym nie wiesz. (w myślach: a jesteś jej ojcem?!)
T: Emilia wie?
Ja: Tak, wie. (w myślach: olewa!?)
T: Odstawiamy mleko, ma pić kleik i Smectę!
Ja: Taaaaa... oczywiście... (w myślach: tralalalalalala... blablabla... już to widzę! Konsekwentni to oni nigdy nie byli!)
Przyjechali do dziewczyn "nowa ciocia z nowym wujkiem z Niemiec", K. cofnęła się, zakryła buzię i w płacz, G. odważnie podała rękę, D. otworzyła usta, zapowietrzyła się, poczerwieniała i wrzask po chwili. Wujkowie nawet w szoku. W sumie nie rozumiem ludzi, którzy do właściwie obcych sobie dzieci wyciągają ręce czy oczekują, że maluch od razu na ręce pójdzie. Głupota totalna, sami dziećmi nie byli czy jak? Ja jakoś pamiętam, że całowania czy zapachu dorosłego nie cierpiałam... A może to tylko ja mam jakiś dystans i dlatego maluchy mnie lubią, ponieważ mimo wszystko staram się nie narzucać i zachować ich osobistą przestrzeń? To taki sam człowiek jak Ty - tylko mniejszy. Masz ochotę się ze wszystkimi ściskać? No właśnie. Nie rozumiem ludzi mających jakiekolwiek oczekiwania w stosunku do obcych sobie dzieci.
Najlepsze jest to, że Galllena skończyła pracę o 18.00 zostawiając jęczącą, niewykąpaną gromadkę z dziadkami oraz dziwną parą wujków.
Emilia u fryzjera do 21.00 i nie można przecież tego zmienić, a gdzieżby, a Tomek w pracy.
Już wyobrażam sobie kąpiel dziadkową... eche... tiaaa... jaasne... wrzask i haja (uczciwie proponowałam, że wykapię przed wyjściem i w piżamach mogą latać, ale nie bo to musi być rytuał, wszystko po kolei i ble ble ble. Racja, ale od reguł są wyjątki).
W sumie to się nawet zamartwiam....
Gdyby coś wyszło nie tak to już bym wiedziała?
Leki podałam przed wyjściem, dziadek mnie wybłagał. Uznał, że z tą kobietą (jego żoną i babcią laseczek) to on sobie nie poradzi, o małom się nie spóźniła na autobus!
WEEKEND!

piątek, 21 sierpnia 2009

Buuu

Wściekła!
Chore! Kurcze blade!
G. ma anginę i gorączkę. Dostała antybiotyk na dziesięć dni po dwa razy dziennie, plus wapno, lakcid i takie tam.
K. ma na razie tylko zaczerwienione gardło i gorączkę, ale angina murowana.
D. spoko, ale i tak pewnie się zarazi.
Jestem wyczerpana, jutro znowu tam.
Katorga z tymi syropami, w mleku czy herbatce już nie skutkuje, wyczaiły, podajemy na siłę. G. pluje, K. krztusi się, D. usiłuje zwracać.
Dziesięć razy po dwa razy, razy trzy...
Biedne, biedne dziewoje...
Biedna, biedna Galllena...

wtorek, 18 sierpnia 2009

Dziewoje

Wszystkie dziewoje przeżyły rozstanie, zarówno ja i jak i młodsze pokolenie.
K. chwilowo nie gryzie i nie ciągnie za włosy. Zmieniła taktykę na "po dobroci", gdy tylko zapragnie odebrać coś siostrom rusza do całowania i przytulania. Nie skutkuje i boję się, że nasz potworek zorientuje się prędzej czy później. Z niecierpliwością oczekuję oraz drżę, jaki będzie następny krok naszej laleczki.? Czy planów jest tyle ile liter w alfabecie? Jeżeli tak to pytam się, który alfabet bierzemy pod uwagę? Niestety wiemy, że rośnie nam mała Doda, K. uwielbia wszystko co "róziowe". Matko! Ona ma półtora roku... Może to teraz dodają do mleka modyfikowanego? Jak to inaczej wytłumaczyć?
D. zna bardzo dużo słów, jednosylabowych, tzn. pierwszą sylabę z każdego usłyszanego słowa powtórzy. Wytrzymałyśmy dzisiaj 30 minut w okularkach :-). Uwielbia gdy się jej czyta wierszyki, pozostałe nie usiedzą, więc czytanie jej zajmuje w ciągu dnia gdyby zliczyć około 60 minut, reszcie w czytelni poświęcamy 0 minut. Dodajemy, dzielimy na trzy i wychodzi "Czytaj dziecku, dwadzieścia minut dziennie codziennie". Średnią mamy zalecaną, wszelkie ministerstwa dziury nie znajdą! :-D
G. to specjalistka od baniek mydlanych, tak dmuchnie, że wychodzą. 40 minut w okularkach!
Wszystkie domagają się piosenki "My jesteśmy krasnoludki". A jak tańczą pięknie... Foksal ma obiecany u mnie filmik i go w końcu dostanie, uczę cierpliwości :-).
PA

wtorek, 11 sierpnia 2009

TUR DE POLOŃ

Było się na starcie "Tour de Pologne" etap Krościenko - Zakopane :-).
Nie żebym się znała. Nie żebym kojarzyła uczestników. Ja tam tylko tak turystycznie i z czystej babskiej ciekawości :-).
Jedyną osobą znaną mi ze słyszenia był pan Czesio Lang (widziałam z daleka).
Oglądało się zgrabnych chłopców :-).
Od 11.00 wisiało się na barierkach z wypiekami na twarzy oczekując prezentacji zawodników do 12.40 oraz lecąc na start o 13.39 rozpychając się torbą - dopchałam się. A za mną z pięć rzędów ludzi, jak nie więcej, satysfakcja - bezcenna :-D.
Organizatorzy zadbali na szczęście o odpowiednie nawodnienie osób wiszących na metalowym płotku rozdając wodę mineralną firmy X oraz utrzymując odpowiedni poziom cukru za pomocą "krówek" (zgarnęłam pięć). Dostałam też "łapkę do machania" lub "łapkę do zbierania autografów", jak zwał tak zwał, ale dałam dziewczynce pchającej się obok.

A było mniej więcej tak (jakość zdjęć jest jaka jest, a poza tym Galllena nie ma do nich cierpliwości):"Start" przed startem.Do barierek przygrywali.Postałam, postałam, wypiłam wodę, zjadłam krówki i nareszcie ktoś pojawił się na scenie :-).
Po zejściu z piedestału większość przejeżdżała obok mnie ponieważ jestem vipem i zdobyłam wyróżnienie w kategorii "wystanie i niepadnięcie w upale" :-).
Niektórzy rozdawali autografy, bo mieli czas lub chęć.Nasi!!! Rozpoznałam!!! Hehehe, jak Wam się mundurki podobają? Widzicie te gitarki? Lubicie takie motywy? :-PPostali, postali i pojechali po prowiant na drogę .Który z nich to Czesław L.?


Kogo jak kogo, ale lidera to ja rozpoznałam bo miał żółą koszulkę (oraz pewnie wiele much koło siebie) tak jak kiedyś Adam M. w skokach :-).


No i potem dopchano się na start jakoś, ledwo.A ten pan mi nawet zapozował na starcie, uśmiechnął się nawet potem i nawet pogadał ze mną (że też on się skupić nie chciał, a może nie mógł dzięki mnie ?!), on tam też tak turystycznie jak ja :P, nie pamiętał swojej pozycji w rankingu i z tego co wiem to zajął sto trzydzieste któreś miejsce na 153 zawodników, o depilacji pogadaliśmy :-P. Nie zastanawiałyście się nigdy czemu wszyscy kolarze depilują nogi a ręce to już rzadziej? No ten pan z tego co mi powiedział to też się nad tym nie zastanawiał a właśnie ja o tym myślałam od dziecka i zapytałam, dalej nie wiem... :-DDo końca wspierałam Naszych, blisko stałam i jestem patriotką.

A potem poszliiiii... a kurz mi na zębach został :-D.

niedziela, 9 sierpnia 2009

Wrócona dwa!

Wróconam ja!
Fajnie było :-).
Relacja wkrótce, myślę, że będzie co opowiadać.
Pewnie koło wtorku opiszę, bo jutro urodziny mamy poprzedniego podopiecznego, więc pijemy! :-)
Do zoba!

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Wyjechana!

Od jutra będę wyjechana w polsko - słowackie Pieniny. Oby pogoda dopisała... Planowany powrót to sobota późnym wieczorem. Pozdrawiam!

piątek, 31 lipca 2009

Temat na dziś

Zapamiętaj Polaku mody oraz stary: Ludzie bywają "sympatyczni i mili" tylko i wyłącznie po to, aby zakryć własne wady i niedociągnięcia. Któż nie ma usterek... dlatego właśnie sprawiam wrażenie przyjaznej oraz wiarygodnej.
Pod skorupką mam w sobie diabła.
666!

środa, 29 lipca 2009

Nowa Ola...

Nowa sobie radzi świetnie, aż za dobrze aby mogło to być prawdziwe.
Ulga, kamień spadł mi z serca i mam wrażenie, że na wakacjach jestem, wracam do domu a Słońce jeszcze wysoko...
Jestem opalona, to fakt i zalety mojej pracy w okresie letnim. Spacerki i ogródek robią swoje.
G. potrafi powiedzieć "co to" robiąc przy tym taki fajny dziubek :-). Okularki jeszcze nie do końca dopasowane, zsuwają się jej z noska, ale będzie dobrze.
Zamierzamy ucywilizować laski zabierając je do fryzjera lub sprowadzając fryzjerkę - ryzykantkę do nas. No ciekawe, no ciekawe, interesujące. Potrafię przewidzieć finał, Emilia nie i tym się różnimy.
G. ustawicznie ucieka nam z ogródka, nie pomagają ani prośby, ani groźby, trzeba wziąć na ręce i zanieść bąka z powrotem, wrzeszczy czy nie, co za różnica. Ostatnio odkryłam niestety przyczynę takiego zachowania, a mianowicie - tata Tomek pozwala, cytuję: "połazi sobie trochę i wróci". Cóż... ma rację, w sumie gdy opiekunów jest piątka a dzieci trójka to nawet jak na dach wejdzie to przecież ktoś złapie... sytuacja zmienia się jednak diametralnie gdy jesteśmy we dwie lub jestem sama, ale co tam... Tata Tomek pozwala... :/
Z K. można już normalnie porozmawiać, rozumie wszystko, odpowiada "tak" lub "nie", ale grunt, że dogadamy się w kwestii chęci pójścia do łóżeczka czy jedzenia. Dziś strasznie marudziła, więc pytam: "K. chcesz pójść odpocząć do łóżeczka?", K.: "Tia" i pokazała palcem na schody. Poszła bez mrugniecia, poleżała 15 minut i wróciła w dobrym humorku. Ciekawe, ale w sumie czemu się dziwić, każdy potrzebuje chwili samotności, a szczególnie one skazane na siebie prawie 24h...
D. tak fajnie mówi "dom" i "kto tam" :-).
Czasami sobie myślę jak by to było być opiekunką jednego dziecka. "Nózie w gózie i pilniczek do paznokci"? Może skórki bym miala całe... No i nie pracowałabym nad swoim zezem i szyjokręczem. Jakaż to różnica wodzić wzrokiem za jednym... ale lipa, bo tu trzeba patrzeć na jedno, zezować za drugim i co pół sekundy obracać szyję by sprawdzić czy trzecie, aby na pewno nie jest już pod sufitem. Umarłabym z nudów, ale tak trochę poumierać to bym chciała, no w końcu wszystkiego trzeba doświadczyć :-).
Wysypiam się, śpię dokładnie osiem godzin. Nie załatwiam tysiąca rzeczy, nie obmyślam po położeniu się spać koncertowej strategii działania, planów od A-ź oraz nie wstaję przed budzikiem z nowymi pomysłami w głowie. Cóż... jeszcze niecały miesiąc i pewnie taki kołowrotek znów się rozkręci.
Buziole!

poniedziałek, 27 lipca 2009

Jest nas więcej

Kolejna opiekunka szczęśliwie znaleziona, ryzykantka jakaś czy jak? Hmmmm... nie wiem czy bym się po raz drugi podjęła, szczerze powiedziawszy wątpię, ale ona biedna jeszcze chyba nie do końca zdaje sobie sprawę. Ma już pierwszy tydzień za sobą, ale poza nią byłam ja i babcia, więc się nie liczy. Dziś zszokował ją występ artystyczny G. - ona będzie kiedyś wokalistką w kapeli metalowej lub śpiewaczką operową, płuca to ona ma. Oby się ta trzecia (nazwijmy ją Ola) szybko nie zniechęciła. Młodsza nawet ode mnie, wesoła taka śmiechotka, więc chichoczemy razem :-D. Miejmy nadzieję, że to twarda sztuka. Mamy więc mocny skład i nie muszę pracować po 10 godzin, będę sobie jak gdyby nigdy nic wychodziła o 16.00, bo o tejże porze będzie przychodziła Ola na cztery godzinki.
Jestem po koncertowym weekendzie z bandą siedmiu Szwedów. Nie straciłam głowy, a wręcz przeciwnie - zyskałam społeczny prestiż i sprzedałam 6 piw za 20 euro, opłacało się :D? Szewduchy na początku zimne i mroczne, ale dwa piwka (oni nie przyzwyczajeni do butelek 0,5 litrowych, u siebie mają mniejsze), dwa kielonki i spokój, a już po swoim występie rozkręcili się na maksa, aż do tego stopnia, że stwierdzić by można, że "ziomki z nich". Jednak jak tylko przybyli i jadłam z nimi obiadek dwojąc się i trojąc, aby nawiązać jakąkolwiek konwersację, a tu tak czy tak drętwo jak w prosektorium to wcale mi do śmiechu nie było, uznałam nawet, że ten obiad to ja zjem jakoś, ale całej nocy to ja z nimi nie wytrzymam, a tu niespodzianka :-D. Orientujecie się może czy wynalazca alkoholu do picia dostał Nobla czy jakąś inną nagrodę? Tak na poważnie to pozostawili miłe wspomnienia. Jednak przez tą organizację to conajmniej z 5 lat życia mniej, no i wieloletnia przyjaźń wisiała na włosku przez ponad dobę, z bliskimi to nie powinno się interesów robić, oj nie...
Dziewczyny szybko zaakceptowały Olę, niemalże od razu. Gorzej z okularkami. Lubi je nosić ta, która nie musi. D. trochę ponosi i ściąga, a G. jak już włoży to na 30 sekund, a potem tylko "Ne, ne, ne" i "aaaaaaaaaaaaaaaa".
Ala wróciła po tygodniowym urlopie zmęczona, pewnie ma coś takiego jak ja po weekendach. Mój ukochany urlopik już za tydzień :-), w końcu się wyśpię.
Pozdrowienia z Górnego Śląska. :-)

sobota, 18 lipca 2009

Ciekawostki przyrodnicze

Okularki dla G. i D. już są, tzn. są na razie oprawki ze szkiełkami zerowymi. Na szkiełkach trzeba zaznaczyć krzyżykiem dokładne położenie źrenic, optyk miał spory problem z ujarzmieniem potworków, były dwie próby, dwa dni pod rząd i nie dał rady... Był krzyk, sztywność i rozpacz. Rodzice dostali zakupione oprawki do domu wraz z markerem, do tej pory wszelkie próby bez powodzenia. Ściągają od razu po założeniu i nie ma zmiłuj się. Nie wyobrażam sobie tego potem, powinni wymyślić jakieś szkła na "kropelkę" dla takich maluchów. Gdyby te oprawki przynajmniej tanie były, a tak dojdzie stres z pilnowaniem :/.
Podobny cyrk był wcześniej u okulisty. Zamiast jednej wizyty były dwie. Pierwsza w przyjemnym gabinecie gdzie trzeba raczej dać się zbadać, a druga już w szpitalu podczas której można było użyć metod siłowych posługując się odpowiednim sprzętem.
K. nie będzie poszkodowana, dostanie zerówki. :-)
Poza tym to straszliwe pedantki nam rosną, przynajmniej z K. i D., G. jak zwykle takie sprawy ma w nosie. Każdy paproch musi być z podłogi podniesiony, bo inaczej jest strach, szloch, pokazywanie paluszkiem i to "beeee" wypowiadane tak przeraźliwie.
Dziwne dzieci, jestem w szoku.
W ogródku to samo. Człowiek nie ma chwili spokoju, bo raz jedna, raz druga ubrudzi rączkę piaskiem i z przestrachem przylatuje pokazując, że ma "beeee", a już w ogóle zaczyna się tragedia gdy piasek dostanie się do sandałka.
Boso po trawce boją się chodzić, a gdy w wannie czy w basenie pływa jakiś najdrobniejszy śmieć to nie wchodzą. Na taką prawdziwą pływalnię to chyba w życiu nie pójdą, bo umrą ze strachu....
Oby im przeszło, bo zwariujemy my i przyszli mężowie naszych pięknych panien :-D.

czwartek, 16 lipca 2009

Jestem...

Jestem... zajęta, ale to tak pozytywnie zajęta :-). Tak, że co chwilę coś :-).
A to przyjemny weekendzik z przystojnym, tajemniczym Niemcem, który pozostać musi tajemnicą do grobowej deski zapewne :P. Nawet fotek nie mam... Czas spędziłam w równie tajemniczym oraz malowniczo - wiejskim miasteczku przygranicznym. Grunt, że łupy zebrałam no i zabawa przednia :-D. No i jestem z siebie dosyć zadowolona, bo dałam sobie radę "of kors ol in inglisz" przez 24 h.
A to kumpel mnie wrobił w sprawy organizacyjne pewnego koncertu a sam burak jeden w "rajchu" siedzi, a Galllena jego wzorem wrabia tysiące innych ludzi, bo sama by na pewno nie wyrobiła, załatwia setki spraw po 10 godzinach pracy, zapomniała co znaczy wyspać się i nie może wyjść z kataru od dziesięciu dni bo nie ma kiedy... Niejedna babcia ma zapewne rację - "Niemcy zawsze wszystkiemu winni". Cierpię poza tym na paniczny lęk przed nadchodzącym rachunkiem telefonicznym, bo wiele spraw jest sterowanych zdalnie z G., D., lub K. na kolanach, przez co dochodzi tłumaczenie ludziom "co to za wrzask?!" oraz "co ty robisz z tymi dziećmi?!". Całe szczęście, że po polsku, bo chyba musiałabym zrezygnować z komórki. Dałam sobie radę jakoś. Śląsk, Wrocław, Kraków i Poznań oplakatowane, satysfakcja jest, załatwione już prawie wszyściutko, zostałam nawet oficjalnie pochwalona i aktualnie oczekuję podziękowań - "ze łzami w oczach" oczywiście, a co! Łeb to ja na karku mam i obym go nie straciła, okaże się po 25 lipca...
Pogoda piękna aż tak, że wczoraj w natłoku organizacyjnych spraw zapomniałam zrezygnować z konnej jazdy, no i poszłam... Musiałam wykąpać konia po wszystkim, spocił się delikatnie mówiąc, ale tak szczerze to i tak było to prostsze niż kąpiele dziewczynek :-D.
Wychodzimy z potworkami do ogródka. Został "dostosowany". Mamy piaskownicę - jedna, mała, płytka, piasek suchy i do niczego, nie bawią się w niej... Mamy zjeżdżalnię - G. potrafi sama wejść i zjechać nie wybijając przy tym zębów. Mamy basen dmuchany z wodą do kostek oraz stroje kąpielowe. Laseczki odrobinkę niepewne, ale zadowolone. K. ma nową strategię gryzienia - udaje, że się przytula do pleców siostry ze słodkiem uśmieszkiem i nagle "cap z łopatkę" lub w okolice...
Po ogródku chodzimy bez pampersów :-D.
Z dziewczynek zrobiły się tragiczne pedantki, z okularami będzie horror, ale o tym w sobotę.
Idę sobie przypomnieć o tym o czym zapomniałam :-/.
Ciao!

poniedziałek, 6 lipca 2009

Tylko 8 godzin!

Jak to dobrze przyjść do pracy tylko na 8 godzin :-). Normalnie luksus! Przychodzę sobie na 7.00 i jak gdyby nigdy nic wychodzę o 15.00 :-)! Słońce jeszcze wysoko, sklepy pootwierane, żyć nie umierać :-).
Szefostwo wyjechało na trzydniową wycieczkę. Święty spokój i radość nastała w domu pracy mojej, tyle, że w ciągu 7 godzin zdążyli zadzwonić 4 razy przerywając imprezę...
Dzisiaj towarzyszyła mi babcia dziewczynek - dusza człowiek. Objedzona, opita i z głową pełną najnowszych plotek po pracy powlokłam się na przystanek. Babcia mimo, że schorowana to sobie poradzi, chyba jako jedyna osoba w tej rodzinie. Jutro zabawę zaczynamy od nowa.
Ukochani rodzice wracają w środę późnym wieczorem a czwartek, piątek oraz weekend mam wolny! Święto jakieś czy lepsze czasy nastały, czy jak? Uznali, że będą oni oraz dziadkowie, więc "damy sobie radę". Oby... Ja zwariowałam już na tyle, że gdy zdarza się sytuacja, że wychodzę i zostawiam Emilię czy Tomka samych z dziećmi to zaczynam się obawiać, czy aby na pewno poradzą sobie. Paranoja, choroba psychiczna itd.
Piękny jest ten świat. :-)

środa, 1 lipca 2009

Fajnie jest.

Jestem tak opalona dzięki spacerkom jak nie byłam dawno, nawet po wyjazdach wszelakich. Wyciągnęłam sobie na jutro miniówę, bo nogi trochę blade jeszcze :P. Poza tym to mam rozmiar 38, a w porywach nawet 36 :-D!
Ostatnio spokojnie, w tym tygodniu nawet się wewnętrznie nie buntuję, nawet mi się chce, nawet nie trzęsę nikim w myślach :-).
Pozytywnie, bo nikomu nie rosną ząbki i nikt nie rozpacza z tego powodu.
Obiadów jak nie jadły tak jeść nie chcą.
Pierwszy raz pozwolono na rysowanie kredkami świecowymi. G. po kilku kropkach kompletnie straciła zainteresowanie, K. coś tam coś tak wymalowała i połamała kredki, D. jak K., ale bez łamania.
Byłyśmy w piaskownicy po raz pierwszy, towarzystwo zadowolone, poza kuzynkiem Mareczkiem (4 lata), który jest zazdrosnym jedynakiem, dzielić się nie potrafi (młode wzięły jego wiaderko z łopatkami, grabkami, foremkami) i nie przetłumaczysz, był foch za fochem i próby odciągania...
K. maniakalnie próbuje brać do rączki rzeczy znajdujące się na obrazkach i strasznie się wkurza, bo oczywiście "nie da się". Dziwne, pozostałe tak nie mają. Nawet gdy narysowałam kreskę na kartce to również próbowała ją podnieść.
Coraz częściej czynią próby zabawy ze sobą: usiłują tańczyć razem, "robić pociąg", przytulają się i całują bez okazji :-). Ostatnio nawet D. próbowała podrzucić płaczącej siostrze zabawkę, którą sama się zajmowała, a to już na prawdę przejaw uczuć wyższych :-D, a więc zaskoczonam ja.
Zdrowe!!!
Fajne te moje laski :-D.

czwartek, 25 czerwca 2009

Jak by to opisać i się nie pogubić

Cosik by tu napisać wypadałoby, ale ileż można pisać o nowych siwych włosach...
Wczoraj pół dnia sama z dzieciarnią i ogłaszam wszem i wobec, że da się to przeżyć, przy tym nie spaść ze schodów i nie zwariować. Uwierzcie.
Bez żonglerki się jednak nie obyło, ponieważ od rana K. miała ochotę kąsać i gdy tylko któraś siostra znajdowała się w pobliżu atak był natychmiastowy - wszystkie udaremniłam , ale bałam się zostawić ją choć na chwilę samą z D. i G., ponieważ ślady zębów sprzed trzech tygodni jeszcze nie zeszły z rączek ofiar.
Jak było?
Tym razem byłam przed czasem, och, szefowa zadowolona, wyszła od razu...
Chwilę pobyłyśmy w czwórkę, następnie K. w nagrodę za marudzenie roku wygrała niezapomnianą tropikalną wycieczkę z zapasem 150 ml mleczka . Oczywiście nie zasnęła, po 50 minutach Galllena włączyła "minimini" na full i postanowiła wyjechać na lotnisko po K. oraz odprowadzić do hali odlotów D. i G., oczywiście z zapasami na drogę... G. została w foteliku, D. przerzucona przez bioderko, a Galllena cyk cyk cyk po 4 schodki i wylądowałyśmy w odpowiednim pokoiku, następnie połóż, podaj, włącz monitor i ewakuacja...
Cyk cyk cyk dwa kroczki i odbieramy z lotniska K. - jakże uśmiechnieta i wypoczęta :-).
Hop, hop, hop, jesteśmy na dole, chrupeczka, leżaczek, mini mini a do odlotu proszona jest G.
Cyk cyk cyk po 4 schodki, pokoik, łóżeczko, minitorek - "pa pa".
Hop hop hop, jestem na dole, żyję, a K. nawet nie zauważyła, że wyszłam i wróciłam... Zostałyśmy we dwie...
10 minut potem - Huuuurrrraaaaa, obie padły, mamy spokój na najbliższą godzinę...
Zrobiłyśmy jajecznicę, rozładowałyśmy zmywarę, umyłyśmy smoczki, zbudowałyśmy domek, przejrzałyśmy książeczki, zjadłyśmy jajeczniczkę...
Czas szybko leci... niestety pod palmą budzi się G. z wrzaskiem... Oj nie nie nie nie - D. zaczyna się ruszać!
No to podmianka... K. wyjeżdża na wczasy, cyk cyk cyk idziemy... za jednym wchodzeniem i schodzeniem planowałam zapakować G., ale niestety dzwoni telefon - na dole oczywiście - leeecccęęęę... Emilia. Pyta się "jak tam? co tam?", słyszy zadyszkę, zwięze informacje , marudzenie i uznaje, że skoro wszyscy zdrowi to ona nie przeszkadza,.. (i całe szczęście, jeszcze tylko tego by brakowało...)
"Minimini" na full, cyk cyk cyk, hop hop hop, ląduje D., cyk, cyk, cyk, hop, hop, hop przyjeżdża G.
Jemy jaczeczniczkę przy "Bawmy się sezamku"...
Huuurrraaaaa - K. padła...
Humorki, mają, nie biją się, wytrzymamy.
Ufffffff... przyjeżdża Alicja!
K. nie została ani chwili sama z siostrami, nie wiem jakim cudem zleciało sześć godzin i dziwne, że też nie dało się wyjść na spacer - muszę nad sobą popracować. :-P Pobiegałam troszkę, bo sport to zdrowie, znowu nie było czasu na śniadanie...
Gdyby nie te schody... ech... :-D
Szukamy dodatkowej opiekunki, praca po 10 h to dużo jak dla mnie, jak na razie od miesiąca nie ma szaleńca, który by się podjął... :/

piątek, 19 czerwca 2009

Jest decyzja

Decyzja zapadła - D. i G. będą nosiły okularki. Już nie śpię po nocach, jak tego upilnować? Nie dość, że trójka dzieci, trzy głupie koty, to jeszcze dwie pary mikrookularków dostanę w pakiecie. Oj zdecydowanie powinnam dostać podwyżkę, zdecydowanie. Biedna, biedna Galllena... D. podobno jako niemowlątko takowe miała, ale za głupia była, aby ściągać, za to teraz... ona przynajmniej częściowo tłumaczenia rozumie, G. nie słucha nikogo... Dadzą czadu, oj dadzą.
Bilans dzisiejszego dnia - jedna rana kąsana, pęknięta warga, zderzeń ze ścianą i/lub filarem sztuk trzy, trzy ataki histerii, K. potrafi wciągnąć brzuch, G. wie, że skarpetki są "fuj i be", a D. potrafi powiedzieć "pepek". Nie było najgorzej więc...
Nadszedł upragniony weekend, zimny i deszczowy, całe szczęście, że wyjeżdżam pod namiot, bo jeszcze przez przypadek bym się nudziła w domu czy co najgorsze - odpoczęła?!
Zamarznę, zmoknę i jajko zniosę, ale za to jaka będzie satysfakcja, że żyję. :-)

środa, 17 czerwca 2009

Oj...

Zły dzień, oj zły...
Chodzę z podkrążonymi oczami i półprzytomna, ponieważ udało mi się w nocy przespać dwie godziny.
Wstałam wcześniej niż miałam, a do pracy się spóźniłam pół godziny, bo autobus nie przyjechał, cholerna komunikacja, same łobuzy...
Szefowa wściekła, w końcu musiała być całe 40. minut sama z własnymi, nieśpiącymi dziećmi. Masakra co? To nic, że niektórzy wytrzymują ponad trzy godziny. Podobno do szału doprowadził ją krzyk G., szybko traci cierpliwość. Spóźniłam się pierwszy raz, a afera jakby codziennie się tak działo. Uznała, że co by było gdyby śpieszyła się do pracy... ale się nie spieszyła, wiec o co chodzi? Ja jej na to, że "wzięłabym wtedy taksówkę", no i śmie sugerować, że zaspałam i że woli jak Ala jest rano, bo jak ona zaśpi to szybciej dojedzie, bo mieszka blisko, itd. Widziała w moich oczach chęć zasugerowania, aby w takim razie kogoś takiego znalazła, więc zmiękła, bo nie wyobrażacie sobie jak ciężko znaleźć opiekunkę do trojaczków - do takich trojaczków itd. Potem aż do końca dnia aż za miła. Ja nigdy nie zaspałam i ze wstawaniem problemów nie mam, tak powiedziałam i zajęłam się dziećmi, ale jak mnie język swędział, jakie obelgi rzucałam w myśli to sobie nie wyobrażacie. Chyba faktycznie się nie wyspałam, innym razem to bym się tylko roześmiała.
Jest nerwowa, ale ma też plusy, pocieszam się i staram mimo wszystko za coś tam lubić. Teoretycznie do tego charakterku się przyzwyczaiłam, ale, że obie miałysmy widać kiepski początek dnia to i kiepski mamy koniec.
G. wrzeszczy niemiłosiernie czasem, ale jedyna rada olać i przeczekać, wszystkie interwencje pogarszają sprawę. K. ostatnio przesłodka, a D. coraz dłużej potrafi bawić sie sama.
Zasypiam...
Pa.

niedziela, 14 czerwca 2009


Specjalnie dla Zmorki - ja w konnym rynsztunku, w stajni przy siodłach i bałaganie. Brakuje jeszcze odpowieniej bluzki, żakiecika czy kamizelki, bata, rękawiczek... no i konia. Zbankrutowałabym, drogi to sport. :-)
Wczorajszy koncert mnie całkowicie wykończył, a dzisiejsza jazda konna dobiła.
Świetnie się wczoraj bawiłam, miałam kartę vipowską, a więc i wstęp za kulisy, a więc są zdjęcia ze znanymi i lubianymi w tym środowisku, już o godzinach rozmów nie wspominając.
Pozdrawiam wszystkich. :-)

piątek, 12 czerwca 2009

Pochłonięta

Jest tutaj ktoś kogo już drugi raz z rzędu omija długi weekend? Czy to tylko ja mam takiego pecha, że dziś pracka na mnie czekała i to przyszłam godzinę wcześniej niż musiałam? Poza tym zagoniona jestem ostatnio jak nie wiem. Dwa weekendy naprzód nawet zajęte, tym razem przez rozrywkę na szczęście, jutro idę na koncert, który pomagam organizować, a za tydzień wyjeżdżam na "zabawę wyjazdową", o tym wkrótce.
Tydzień ciężki, wychodzę do pracy o 6.50 a wracam około 19.30, jak tu męża znaleźć? Kiedyś babcia dziewczynek słusznie zarzuciła Emilii: "przez te Twoje dzieci to dziewczyna starą panną zostanie...", nikt nie skomentował, no bo jak :D? Zarobię co prawda proporcjonalnie więcej, ale to co mam zarobić dziś już właściwie wydałam :P. "Konne zakupy" były, nabyłam odpowiednie spodnie oraz buty, wyglądam cudnie :D. Generalnie entuzjazm mnie rozpiera i nawet nie martwię się brakiem męża tylko cieszę tłumem wielbicieli :D, dobre co? :D
Dziewczynki oficjalnie uznane za zdrowe. K. dzisiaj nikogo nie ugryzła i ku uciesze wszystkich zostawiła w nocniku "coś grubszego", G. nie krzyczała tylko czytała książkę śmiejąc się przy tym, piszcząc i pokazując cosik sobie paluszkiem, D. jakaś nerwowa, a to przeszkadza jej siostra na drugim kolanie, więc próbuje zepchnąć, a to coś tam.
Czuję, że pewnie niedługo znów zaczną chorować patrząc na to jak są ubierane (przegrzewane najczęściej, a to najgorsze bo spocą się, powieje i gotowe). Jak tylko możemy to robimy po swojemu i jest git, ale nie zwsze się da. Wkurza mnie też to, że możemy wyjść właściwie tylko wtedy gdy pełne Słońce, zero wiatru i upał, czyli masakra. Zawsze byłam zdania, że dziecko powinno wychodzić w niemalże każdą pogodę, a jeżeli pogoda czy my niepewni to ubieramy tylko o jedną warstwę więcej niż my mamy na sobie. Działało zawsze w przypadku moich poprzednich podopiecznych - Krzysia i Moniki, dzieci rodzinnych, dawało radę w szpitalu. Może i jestem młoda, czy niedoświadczona, ale umiem postawić się na miejscu dziecka i logicznie myślę, a to dar jak zauważyłam ostatnio. Niestety, odzywać się jak się przekonałam nie ma co, bo mądrzejszy i tak jest ten kto przychodzi do domu w godzinach kąplieli i spania, a wychodzi zaraz po pobudce... :/
Ogólnie to zwykle ciężko mi patrzeć w upały na biedne, marudzące maluszki poubierane jak późną jesienią, z puchową poduszką pod głową i najlepiej jeszcze okryte kocem, a mamusia dziwi się, że płacze... zawsze mam ochotę ubrać taką kobietę w wełniane spodnie, sweter, okryć pierzyną i postawić w środku plażowego parawanu (zwykle dodatkiem do ciekawego stroju maluszka jest też opatulony ze wszech stron wózek), a niech się przekona, a co. Kiedyś znajoma położna środowiskowa opowiadała mi o spoconym noworodku, poubieranym i poprzykrywanym w upały tak, że się z niego aż lało, a kiedy delikatnie próbowała zwrócić uwagę mamusi ta wyrzuciła ją z domu, bo tak jest dobrze i kropka. Ech... idzie lato. :-)

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Wrócona

Ogłaszam żem wrócona w lepszym nastroju :-).
Dzisiaj pracka tylko dziewięciogodzinna i miałam podwózkę do domu, więc luksus.
Początkowo pracowałam na zmianę popołudniową, kończyłam o 19.00 i dzień w dzień czekały mnie zmagania z kąpielą oraz układaniem dziewczynek do snu, tego to nie lubiłam, wyglądałam zawsze jakbym kąpała się razem z nimi. Jakiś czas temu cieszyłam się, że pracuję do 16.00, więc cały cyrk z kąpielą mnie omija, niestety dawne czasy wróciły...
Przepis:
Piżamki, bodziaki i pieluchy do wymiętolenia przygotowujemy w ciągu dnia na przewijaku w każym z pokoików (każdy pokoik dziecięcy jest wyposażony we wszelkie niezbędne akcesoria niemowlęce).
Całe przedstawienie zaczyna się około 18.20 a składniki to dwoje dorosłych i trójka dzieci. Około 18.15 stają się marudne, płaczliwe i nie do zniesienia. Persona namber łan idzie do kuchni robić BebilonR 3 x 300 ml oraz robi szybki kursik do łazienki w celu puszczenia wody do wanny , dolania Oilatum oraz rozniesienia butelek po pokoikach, namber two dba, aby dzieci się nie pozabijały w salonie. Kolejny krok to podróż po schodach do łazienki, przykładowo ja biorę G. na ręce, a któreś z rodziców niesie D. i K., jeżeli natomiast wśród osób kąpiących nie ma żadnego rodzica, to jedno z dzieci zostaje w salonie samo na 5 sekund po czym wraca po nie jakiś opiekun (nie jesteśmy na tyle odważne, aby nieść na rękach dwa pulpety do śliskich i krętych schodach, co to to nie).
Łazienka - rozbieramy i sadzamy na nocniki, następnie hop do wanny - mieszczą się wszystkie trzy. Myjemy ząbki (same myją), głowy co drugi dzień (próbują same myć) oraz resztę ciałka (różnie im to wychodzi...). Następnie jedna osoba zostaje w łazience pilnując, aby dziewczynki się nie potopiły nawzajem a druga po kolei zabiera dzieciaki do pokoików zaczynając od najgłośniejszego, w celu: wytarcia, założenia pieluchy, bodziaka, piżamki, wyczyszczenia noska oraz uszu, otrzymania całusa, położenia, dania mleczka i pieluchy do miętolenia. Wychodząc włączamy monitor, gasimy światło i zamykamy drzwi. Wszystko powtórzyć jeszcze dwukrotnie... Kończymy zwykle o 18.55, czyli i tak ekspresem. Czasami zasną od razu, a czasami wypiją tylko mleczko i zaczynają płakać, więc znosi się potworki spowrotem do salonu i zabawa do późnych godzin.
Nawet opisując się zmęczyłam... Smacznego i dobranoc! :-)

piątek, 5 czerwca 2009

Ech...

Dziewczyny i chłopaki... Doła mam strasznego... I co tu dużo gadać... Wrócę jutro lub po jutrze...

czwartek, 4 czerwca 2009

Co nowego?

Co nowego?
Generalnie zdecydowana większość osób, które mają okazję zobaczyć choć urywek mojej pracy mi współczuje. W sumie to nie rozumiem, ale odpowiem na kilka najczęściej zadawanych pytań, a więc:
Tak, jest trójka małych dzieci, ale przecież nie umywa się to do pracy w przedszkolu czy żłobku.
Tak, pracuję po 10 godzin ostatnie.
Tak, mają charakterki.
Tak, D. i G. w jednakowych bodziakach i z tyłu ciężko odróżnić.
Tak, mam na głowie poza dziećmi gotowanie trojaczkowych obiadków i sprzątanie pokoików, łazienki, wyrywkowo salonu, prasowanie, ale wspomaga mnie Ala...
Tak, nie chcą jeść ostatnio.
Tak, przestało skutkować podawanie syropków w herbatce, zorientowały się bestie.
Tak, mimo tysiąca zabawek nudzimy się jak mopsy ponieważ spacery niewskazane tymczasowo.
Tak, żyję w bigbraderze.
Tak, przestały zasypiać równocześnie, zawsze ktoś nie śpi, a poza tym sukcesywnie dążą do przestawienia sobie dnia na jedną drzemkę, dwie miewa jeszcze tylko G...
Tak, bywam zmęczona...
Nie, nie jest tak źle jak opisuję poniżej...

Poza tym...
K. sukcesywnie gryzie siostry i nie możemy nad tym zapanować. Czytałam wszelkie porady, pytałam, stosujemy konsekwentnie, ale wszelkie metody zawodne jak dotąd. Robi to z premedytacją. Gdy tylko zauważy, że nie patrzę wbija zęby w którąś z sióstr. Strasznie ciężko zapobiec, gdyby była to dwójka dzieci to jeszcze, ale trójka... Przykładowo odwracam się do G., a tu D. ma dwie sekundy potem wbite zęby w ramię, przedramię, a ostatnio w plecy nawet. Ciężko mieć na oku tylko K., bo np. G. lubi bawić się sama i wspinać na różne sprzęty :/. Pogryzione są siostrzyczki, ciężko jest zęby K. oderwać gdy już są wbite, bo wtedy jeszcze gorzej szarpie się skóra, ale gdy się nie oderwie to wbijają się w głąb. Ech...

G. ma z kolei nagłe napady złości, krzyczy, sama nie wie czego chce, ale wyżywa się na sprzętach na szczęście. Jeżeli niczego poważnie nie niszczy to radą superniani pozwalamy na takie wyładowania. Wózki dla lalek przewraca, auta, kopie w kaloryfer, rzuca książeczkami. Czerwienieje ze złości. Nijak uspokoić, a długo tak potrafi... Myślimy sobie, że "a niech wrzeszczy jak chce i ma jej to pomóc, przecież nie zaszkodzi".

D. - różnie bywa, raz pod wozem a raz na, generalnie pośrodku wszystkiego, odmawia obiadów, resztę posiłków je aż się uszy trzęsą.

Trzymajcie kciuki żebyśmy w końcu na spacer poszły, to i ciekawie będzie, i czas szybciej zleci...

wtorek, 2 czerwca 2009

A jednak

Bez wizyty lekarskiej się nie obeszło.
D. zaczęła paskudnie, mokro kaszleć i świszczeć przy oddechu.
Trudno to w ogóle nazwać WIZYTĄ.
Tym razem było na prawdę tragicznie.
Przyjechało znów całe pogotowie, ale za to w jakim składzie...
Do domu wpuściłam lekarkę z sanitariuszką. Stałam w odległości nieco ponad metr od doktorki i mimo to czułam od niej papierochy, ale tak okropnie, że papierośnica publiczna wymięka, niedobrze mi. Dziewczyny już ten smród przeraził, nie znają takiego zapachu, w domu nikt nie pali, bardzo płakały, a D. tylko co przebudzona wpadła histerię, czemu się nie dziwię.
Pani doktor rąk nie umyła - standard.
Badanie... hmmmm... cóż... Badaniem można nazwać trzykrotne przyłożenie słuchawki do pleców drącego się dziecka (liczyłam - dokładnie trzy razy u każdej...)? Nawet do gardła nie zajrzała, już nie wspominając o tym, że mogła migdałków dotknąć czy szyjnych węzełków. Może ja niedoceniam talentu tej kobiety? Może ma słuch absolutny lub patrząc widzi czy chore czy zdrowe? Nawet do "osłuchania" K. nie miała cierpliwości, w pośpiechu sama próbowała ją rozebrać szarpiąc za bodziaka, ponieważ nie zauważyła, że taki cud techniki zapina się przy pupie... Świst oddechowy D. skwitowała, że "to w nosku pełno", ja na to "regularnie czyścimy, są kropelki, więc niemożliwe", nie skomentowała. Powiedziała: "Tym dzieciom nic nie jest". Ja słyszę bez słuchawek... Receptę na mukosolwan i zalecenie soczku z malin zostawiła, pojechała. Mnie zatkało, a poza tym przy trójce wrzeszczących dzieci trudno było zrobić jej awanturę. Byłyśmy bezbronne i bezradne, same... :(
Zdałam relację Emili i ona zadzwoniła ze skargą do przychodni, to prywatna placówka, ale nawet gdyby była państwowa to to przecież pojęcie przechodzi wszelkie. Okazało się, że lekarka nawet nie jest pediatrą, a tych wizyt domowych dokonuje podwykonawca przychodni. Przepraszali, mamy wszystko opisać w e-mailu i jutro będzie specjalista, nasz pan doktor.
Może i laski nie są tragicznie chore, nawet D., ale żeby tak kompletnie lekceważyć pacjenta jeżeli już się u niego jest?!
Radą cioci Foksal leczymy z Alą same, idą inhalacje...
Dramat.
Wydłużyli mi czas pracy do 10 h dziennie. Może nie byłabym taka zmęczona gdyby nie ten lekarski typ rozrywki. :/ Dobranoc.

piątek, 29 maja 2009

Ciągle pada

Pada i pada.
Dziewczynki wczoraj skończyły 16 miesięcy, jak ten czas leci, gdy zaczynałam pracę to jeszcze żadna nie chodziła, tydzień potem K. zaczęła dreptać, następnie D., a G. jak zwykle z dużym opóźnieniem, teraz biegają wszystkie. K. bawi się w "instytut dziwnych kroków", raz biegnie bokiem, potem idzie z ugiętymi kolanami i odchyloną do tyłu głową, następnie idąc za rękę ze śmiechem zaczyna udawać bezwład. :-)
Od środy wszystkie oczywiście katarek, kaszelek... skąd to się bierze? Do żłobka nie chodzą, z innymi dziećmi się nie widują, zanim cokolwiek ubierzemy to zastanawiamy się po pół godziny, a wiecznie coś... Najgorsze jest to, że u D. schodzi to od razu do oskrzeli i potem zmagamy się z inhalacjami, psikaczami itp.
Założę się, że teraz czeka nas ukochana wizyta lekarska.
Ostatnim razem przyjechało całe pogotowie - serio.
Galllena była powiadomiona, że przyjdzie lekarz - około 18.00, a tu o 11.00 puk puk do drzwi, patrzę przez szybkę i widzę trzech potężnych mężczyzn w czerwonych dresikach. Myślę sobie "O nie, znowu Tomkowi odbiło i wezwał pogotowie, a tłumaczyć się będę ja z tego, że dzieci nie umierają a jedynie kichają" (raz tak zrobił, D. w nocy kaszlała i nie spała, więc uznał, że ma duszności i wezwał karetkę; przyjechali, lekarzem był ortopeda, więc raz, że nie widział potrzeby interwencji, a dwa niewiele wiedział o dzieciach..., reakcja Tomka? Wielki foch...). Otworzyłam drzwi i niepewnie powiedziałam, że nikt tu nie zamawiał pogotowia, a doktorek na to "Tak, tak, ale my w ramach wyzyty domowej, w końcu to trojaczki to mamy wzmocniony skład". Szczęka mi opadła nieco, ale ich wpuściłam. Dziewczyny akurat spały, więc trzeba było powyciągać je z łóżek, więc reakcję siłą wyrwanych ze snu laleczek na trzech dużych mężczyzn w czerwieni można sobie wyobrazić, podobnie jak badanie każdej po kolei z zaglądaniem w gardło włącznie, kto ma histeryczne dziecko ten wie i niech sobie pomnoży razy trzy i weźmie pod uwagę fakt, że ma tylko dwie ręce. A jak wyglądała Galllena po takiej imprezie... Wtedy skończyło się na syropach w ogromnych ilościach. Strzykawkę do syropków mamy o pojemności 2,5 ml, trzeba było podać każdej po 4 takie strzykawy. Masakra po prostu, połowę jednej było ciężko podać, a gdzie tam cztery. I wszystko razy trzy, trzy razy dziennie... Próbowałam też z kieliszka i łyżeczką, ale sprytne są bestie, wyczuwają podstęp zanim zacznę. A może Wy macie jakieś ciekawe sposoby na syropki? Chętnie, chętnie przejmę...
Boję się, że się znów zacznie od początku, w kółko tak od grudnia... :/

Ja dzisiaj miałam pierwszy dzień wolny od prawie dwóch tygodni. Oczywiście w PUPie na mnie czekali... Dzisiaj też idę do kina na "Wojnę polsko - ruską", oby było ciekawie, byłam ostatni raz w lutym w kinie.
Wczoraj spadłam z konia, aby było ciekawiej. Nie nudzę się, oj nie. Gwałtownie zmieniła się pogoda, gwałtowny podmuch wiatru i konik się spłoszył (podobnie jak i inne koniki w zagrodzie obok), a że Galllenie jeszcze nie wychodzą galopy to zaliczyła wywrotkę i jest winna instruktorce "ciasto spadkowe". Skończyło się zaczerwienionym policzkiem, zdartym łokciem, mega siniakiem na udzie oraz stłuczonymi dwoma palcami ręki prawej; w niedzielę kolejna jazda bo sport to zdrowie.

poniedziałek, 25 maja 2009

Relacja na gorąco

Dziękuję za odpowiedzi w sprawie apelu. Odezwę się do Foksal w tej sprawie jak tylko ogarnę popracowy sajgon. Mam nadzieję, że wtedy w końcu uda się choć linki do blogów, które czytam wrzucić... :-)

Co do uroczystości to sądzę, że zabieranie dziewczynek do kościoła nie miało większego sensu, ani one nie skorzystały ani rodzice. My się namęczyłyśmy, ale My to nie narzekamy, taka praca. Nie polecam w każdym bądź razie...

Już przed wyjściem z domu dochodziło do większych i mniejszych spięć, a szala przeważona została wtedy gdy panna młoda przygotowana w stu procentach do wyjścia w pięknej sukni koniecznie chciała pomóc w ubieraniu trojaczek choć była jeszcze kupa czasu do wyjścia. Zrobiło się nerwowo i do zniesienia, nikt nie miał odwagi powiedzieć jej, aby zapakowała się i wyszła, bo bez niej z pewnością atmosfera ulegnie rozrzedzeniu i wszystko sprawnie pójdzie, w końcu szefowa to szefowa. Opiernicz dostał każdy... Poza tym buty dobrane do sukienek dziewczynek okazały się nadzwyczaj tandetne i na szybko trzeba było reanimować sandałki za co oberwały niewinne opiekunki... Na sam koniec pan młody wkurzył się jak nie wiem ponieważ G. płakała a Ala nie miała jak wziąć jej na ręce bo właśnie trzymała D., poleciały obelgi. Dobrze, że pogoda dopisała... Duży stres - wybaczamy...

Pierwszym transportem dziewczynki wyruszyły do kościoła, a pod nim zostały wpakowane do wózków i przypięte paskami, więc śliczne sukieneczki prezentowały się nijak, były niewygodne, pogniecione i za ciepłe.

Mi akurat trafiła się pod opiekę G., więc obawiałam się jej donośnego głosu w połączeniu z organami :-). Weszłyśmy z wózkami do kościoła, ale tylko po to, aby za chwilę z niego wyjść, potem znów wejść i wyjść, tak w kółko. Nie działało ani mleko, ani herbatka, wafelki ryżowe też nie, za to plastikowa żyrafa wylądowała ze stukotem kilka ławek dalej, dobrze, że nikt nie zginął... Całe szczęście, że opiekunki były trzy, inaczej to już w ogóle sobie tego nie wyobrażam. G. i D. krzyczały, K. marudziła...

Usłyszałyśmy sakramentalne "tak" i oddaliłyśmy się już na amen od tego kościoła, wróciłyśmy na "życzenia", wtedy właściwie wszystko się zaczęło. Babcia zażyczyła sobie wyjęcia dzieci z wózków do zdjęcia co oczywiście uczyniłyśmy do tej pory tego żałując ponieważ dziewczynki ruszyły "w obieg" od ciotki do ciotki, zdjęć nie było, a ja tylko stojąc na środku doszukiwałam się w tłumie białych kapelusików w myślach odliczając "raz... dwa... trzy...; raz... dwa... trzy...", bo skąd niby miałam wiedzieć czy aby na pewno jakaś nieodpowiedzialna ciotka nie zagada się i Malutkie nie wylądują pod autem? Horror... Zamieszanie i długa przeprawa, aby wśród głośnych protestów wsadzić je z powrotem do wózków co z kolei zdenerwowało ponownie pana młodego (facet okropnie wrażliwy na płacz własnych pociech), który koniecznie musiał pomóc, ale stanęło na tym, że wpakowałyśmy trojaczki do auta i z piskiem opon odjechałyśmy do domu. Wybawienie :D nareszcie nadeszło.

W domu już spoko, nawet nie spodziewałam się, że będzie aż taki luz. Grzeczne jak rzadko, kąpiel sprawna i co najdziwniejsze położone z mlekiem padły od razu, a w nocy miałyśmy z Alą tylko trzy pobudki. Nawet wyspać się pozwoliły, bo pierwsza - D. wstała o 6.14 (tradycyjna pora to 5.00).

Około 11.00 dzisiejszego dnia państwo młodzi wrócili, emocje już opadły i było całkiem sympatycznie.
Zakończyłyśmy najdłuższy dyżur z zapasem ciasta, alkoholu oraz całkiem przyzwoitą premią.
Czujemy się dowartościowane, szanowane i dopieszczone. :-DDD
Nawet nie jestem, aż tak wykończona jak w sobotę.
Grunt, że wolne już i w końcu w piątek. :D

sobota, 23 maja 2009

Dzień prawie jak co dzień...

Jestem po pracy...
Jestem padniętą osobą, wykończona i zmiksowana.
Atmosfera wprost nie do opisania.
Pan młody stwierdził, że grama stresu nie doświadcza, a zmierzły i czepialski jak rzadko.
G. się przewróciła, potknęła się o zabawkę, więc Tomek kazał usunąć z salonu połowę zabawek, ja na to, że tak czy tak dziecko może o którąś się przewrócić, nawet jak będą tylko dwie maskotki to też to się zdarzyć może... Obraził się. I dobrze. Mam rację? Mam.
Panna młoda, zestresowana podobno jak nie wiem, a do rany przyłóż.
Gdybyście widziały jej sukienkę, ani w gramie tradycyjna, ale tak śliczna... a sukieneczki dziewczynek... może chociaż sukieneczkom zrobię zdjęcie, są takie same tym razem i laski wyglądają przesłodko.
A trójka ich dzieci... na mojej głowie dziś i im atmosferka się udzielała.
G. wrzeszczy marszcząc brwi groźnie, D. stara się utrzymywać odległość nie krótszą niż 0,5 metra ode mnie, a jak próbuję wyjść czy chociażby wstać z podłogi to zapowietrza się i wrzask... K. jest grzeczna! O matko - K. jest grzeczna! Nie, nie, jeżeli K. jest grzeczna to to jakiś koszmar.
Uuuuppppsss... wygadałam się co do uroczystości, więc dokończę, że dziewczynki będą na ślubie własnych staruszków, postarają się uczestniczyć w tym w kościele, o weselichu nie ma mowy, ale i tak widzę wszystko w czarnych barwach :D.
Jutro wielki dzień. Miałam upilnować dziewczynki w kościele podczas uroczystości. Założę się, że nie wytrzymają. Wyobrażacie sobie tę gonitwę po kościele? Ja nie... więc będzie po jednym dorosłym na jeden mały łebek, poza tym marudki zostaną przypietę pasami do wózków, ale i tak sądzę, że jakiś numer wytną. Mój brat będąc berbeciem kiedyś na słowa "Baranku boży" zaczął donośnie beczeć w "świątyni" a stojący obok ksiądz trząść sie ze śmiechu... ciekawe jak by takie barankowe trio się prezentowało... he, chciałabym to zobaczyć, nagrać, wydać i sprzedawać... :D
Jutro nocka z trojaczkami, już nie śpię na samą myśl.
Czy mogę być wykończona bardziej niż dzisiaj? Z pewnością w poniedziałek, po 15.00 tak będzie.

piątek, 22 maja 2009

Przegląd postaci

Aby uniknąć zamieszania oraz ograniczyć liczbę nawiasów postanowiłam przedstawić osoby występujące w blogowych historyjkach, niektóre z nich opiszę.
W rolach głównych:

  • Galllena - ja we własnej osobie zmagająca się z osobistościami wymienionymi niżej. Pierwsza na liście, a co, przynajmniej raz nie będę skromna.

  • Trojaczki - trzy kobiety, trzy charaktery:

G. - Trojak namber łan, vel. Pyza. Najwyższa, najcięższa i o najbardziej donośnym głosie (ten krzyk zrobił furrorę wśród pielęgniarek na pediatrii, po prostu nagram kiedyś i przedstawię). Najodważniejsza i najspokojniejsza. Gdy jest najedzona, wyspana i nie ząbkuje to można powiedzieć, że dziecka nie ma. Wszystko robi jako ostatnia, malutki leniuszek z niej. Ma największe i najbardziej niebieskie z niebieskich oczy oraz najdłuższe rzęsy, kto popatrzy ten utonie. Wyżywa się na siostrach uderzając z "główki", czasem ciągnie za włosy.

D. - Wg. książeczki zdrowia dziecka - "Trojak II". My nazywamy ją Rzepik lub Wiercik. Och ta burza włosów, zalotna szparka między jedynkami i charakterystyczny głosik z chrypką... 30 sekund w jednym miejscu nie usiedzi (czegu skutkiem są ułamane górne jedynki, na szczęście nie ja sprawowałam wtedy nad nią opiekę), najczęściej przytulana. Potrafi najwięcej rzeczy, zna dużo słów i błyskawicznie uczy się nowych. Najsprytniejsza. Jeżeli chodzi o wzrost i wagę to na prawdę ta środkowa. "Pięć procent szczęścia" - za czasów płodowych pan doktor uznał, że zarodek ten ma 5% szans na to, że się utrzyma, a jednak... Biada temu kto wejdzie jej w drogę, gdy się nie wyśpi... Uderza typowo kobieco - otwartą dłonią.

K. - i na końcu najmniejsza, najchudsza, ale za to z ogromnym temperamentem. Kokietka, blondyneczka ze słabiutkimi włoskami. Strasznie szybko się irytuje, strasznie głośno okazuje złość i jako jedyna potrafi na prawdę się obrazić. Najłatwiej ją rozbawić. Wystarcza jej do życia jedna drzemka dziennie. Wprost uwielbia gzyźć siostry, atakuje w najmniej spodziewanym momencie i zawsze do krwi...

  • Emilia i Tomek - rodzice dziewczynek.
  • Ala - po mojej stronie - druga opiekunka
  • Babcia i dziadek trojaczek - postacie epizodyczne
  • Koty trzy...
  • Inni - jednak bez nawiasów się nie obejdzie...
Wiecie, że dzień wolny od pracy przypada mi dopiero na piątek - przyszły? Zazdrościcie?
Jutro będę zmagała się z młodzieżą od godziny 7.00, będzie nerwowo, ostatnie przygotowania do wielkiej niedzielnej uroczystości, a jakiej? Zastanowię się czy zdradzić. :-)

czwartek, 21 maja 2009

Apel

Czy jest ktoś wśród głośnych lub cichych czytelników przebywający w okolicach Górnego śląska? A może ktoś ma kogoś znajomego z tych okolic, który zna się na blogowaniu i pomógł by ofierze losu (czyt. mnie)? Ja to nawet nie wiem jak linki do blogów wrzucić, nie mówiąc już o wstawieniu fotek czy zrobieniu szablonu... wstyd i hańba :-). Wśród znajomych, których mogłabym poinformować o takim blogu nie ma nikogo kto by znał się na tyle, aby poinstruować mnie. Błagam o pomoc więc...

środa, 20 maja 2009

Dziecko za wcześnie wyciągnięte?!

To, że coś może zostać za późno wyciągnięte i skutki tego bywają długofalowe to wiem akurat i na szczęście nie z własnego doświadczenia :-D.
Ogłaszam wszem i wobec, że dziecko może zostać za wcześnie wyciągnięte z... łóżeczka. Tak, tak, tak - jak najbardziej.
Objawy: błędny wzrok i niechęć do nawiązywania kontaktu z osobami poza tą,u której jest akurat na rękach, apatia, strach przed "misiem z błękitnego domu" (taka bajka jest na mini mini, występuje wielki kudłaty misiek, zwykle ma działanie śmiechotwórcze i uspakajające, ale nie w tym przypadku), krzykliwa reakcja na próbę postawienia na podłodze, przekazania w inne ręce lub przekupstwa wafelkiem... Uwaga, uwaga: Ukochane mleko oraz kawałek kanapki będącej częścią własnego drugiego śniadania w tak ciężkim stanie również nie pomagają!
Leczenie: Objawowe i zawsze działa, ale może być długotrwałe. Najskuteczniejszą metodą jest postawienie osobnika na parapecie i pokazanie biegających kur sąsiadów (wcześniej należy wymodlić, aby po raz kolejny wdarły się nieproszone do ogrodu), w cięższych przypadkach noszenie (omijamy powszechny zakaz). Kuracja trwa od 5 - 30 min
Przyczyną takiego stanu było zbieranie się do domu opiekunki Ali. Wiedząc, że zostaję sama z dziewczynkami, dwie mam na dole i jedna śpi w pokoiku na górze,nerwowo spoglądałam na monitor i uradowana dostrzegłam, że D. zaczyna się budzić (chyba?), nie czekając wiele poprosiłam Alę, aby looknęła na G. i K. jeszcze przez około 30 s. i wbiegając po trzy schody wdarłam się do pokoju D. zabierając ją z łóżeczka i to był błąd... Jeżeli jest się samemu to taka operacja bywa trudniejsza ponieważ dwójka musi zostać sama w salonie (niby dobrze zabezpieczony i jest kojec, ale gdy umieszczę w kojcu to włączą się syreny i sądziedzi gotowi dzwonić na policję, a gdy puszczę luzem... hmmm... dzieci mają niezwykłą zdolność do ściagania na siebie wszelkich nieszczęść), a poza tym muszę lecieć po schodach omijając po cztery schody zamiast po trzy.
Dziadek dziewczynek po wstępnym zapoznaniu się z opisem przypadku z uśmiechem zdiagnozował, że "dziecko to było za wcześnie wyciągnięte". A co jeżeli kiedyś wyciagnę za późno?
Badania kliniczne trwają...

Dziś mam wolne, ale za to cały weekend spędzę w pracy w tym jakieś 25 h czasu od 14.00 w niedzielę do 15.00 w poniedziałek ze względu na uroczystość w rodzinie dziewczynek. Na szczęście będzie ze mną Ala, nie będę sama w nocy, w dużym domu z trójką dzieci. I tak mamy luksus bo w nagłych wypadkach możemy jak na filmach wezwać ochronę, tyle, że oni mają aż 15 minut na przyjazd...
Oczywiście nie odpoczywałam dzisiejszego dnia. Byłam w PUPie, kto był kiedykolwiek ten wie... Zawiozłam swój kompputer do serwisu i odesłali mnie z kwitkiem oraz ze stwierdzeniem, że nie mogą już nic więcej dla mnie zrobić. Brzmi po prostu dramatycznie :D. Poza tym to mrożona pizza i jadę na spotkanie z konikami. Pozdrawiam! Ciao! :-)

poniedziałek, 18 maja 2009

Spacery

Od czasu do czasu wraz z drugą opiekunką (przez kilka godzin wspomaga mnie zazwyczaj osoba o podobnie świętej cierpliwości jak moja - Ala) udaje nam się wyjść z dziewczynkami na spacer. Już samo wyjście z domu to ogromne osiągnięcie, a jeżeli uda nam się przechadzkę przeciągnąć do godziny to już w ogóle jesteśmy wniebowzięte. Na prawdę ciężko jest się wybrać całą piątką (my + trojaczki), bo albo ktoś właśnie zasnął, albo idzie spać, a czasem śpiący ktoś przedłuża sobie drzemkę akurat teraz, zdarza się, że ktoś jest akurat nienakarmiony czy karmiony, chory albo nie w humorze. Nie wychodzimy też podczas niepewnej pogody, malutkie są wcześniakami, więc mają nadal obniżoną odporność i chorują bardzo często.
Wiosną / latem jest o tyle lepiej, że nie trzeba ubierać tysiąca ciuszków. Sądzę, że i tak zabawa w ubieranie z perspektywy kamery zamieszczonej w kącie pokoju wygląda interesująco. Wszystko zaczyna się od wynoszenia wózków z domu na podjazd - robi to jedna z nas, podczas gdy druga nerwowo biega po pokoju za dziewczynkami usiłując posmarować każdą buźkę kremem z filtrem tudzież jakimś natłuszczającym. Wózki są trzy, dwa można połączyć ze sobą co oczywiście za każdym razem czynimy, a trzeci pozostaje wolny i zasiada w nim najcięższy egzemplarz - G. Osoba, która wynosiła wózki zwykle pozostaje na dworze, podczas gdy druga wykonuje skomplikowaną operację ubierania oraz wynoszenia dziewczynek na zewnątrz po kolei w rytmie: ubierz - podnieś - zanieś, ubierz - podnieś - zanieś, ubierz - podnieś - zanieś, a jako podkład leci wrzask osobników pozbawionych uwagi, bo każdy chciałby być pierwszy. Pierwszeństwo ma lala najszerzej otwierająca buźkę, jak w typowym gnieździe...
Jeżeli już w końcu wyjdziemy to musimy najpierw ustalić kto ostatnio prowadził podwójny wózek, najczęściej nie pamiętamy, ponieważ np. ostatnio we dwie byłyśmy jakiś tydzień temu... ale ok, ustaliłyśmy i wychodzimy. Jestem wykończona, spocona, rozczochrana, nogi wchodzą do tyłka i dochodzę do wniosku, że na tej wsi to ja męża na pewno nie znajdę... :-D
Byłabym zapomniała... zwykle cofam się jednak po trzy butelki z herbatką, jedną wymiętoloną pieluchę oraz zabawki sztuk cztery (Czemu cztery skoro dzieci trójka? Ponieważ D. musi mieć zawsze obie rączki zajęte, do tej pory czasem o tym zapominam :-)).
Wzbudzamy ogromne zainteresowanie podczas spacerów, najczęściej ludzie nam współczują, dużo rzadziej podziwiają. Nawet tym co nas znają zdarza się złapać za głowę. Kiedyś spotkałyśmy kominiarza, na widok którego młode automatycznie w ryk a on zapytał mnie "Czy pani ma tak dziennie?", ja na to "Tak", a on "O mój Boże!". No comment...
Próbowałam wraz z mamą ślicznotek - Emilą wyjścia do ogródka we dwie i był to raz pierwszy i ostatni, przypuszczałam jak to się skończy ponieważ jeżeli Emilii zdarzy się mieć raz na tydzień wolne to bywa nerwowa. Wytrzymałyśmy w ogrodzie 10 minut, po czym dziewczynki wygrały wycieczkę do pokoików wraz z zapasem 150 ml mleka każda celem relaksacji oraz zadbania o zdrowie psychiczne rodzicielki... Zapamiętaj: dziewczynki w ogródku = minimum trzech dorosłych, silnych oraz cierpliwych opiekunów.
Generalnie nie jest łatwo, ale pewnie teraz czujecie smak tej satysfakcji, gdy w końcu ta jedna godzina zostanie zdobyta. :-)

niedziela, 17 maja 2009

Dalej...

Było ciężko, ale różowo miejscami. Generalnie czułam się tak zagubiona, że to masakra po prostu. Podczas pierwszego tygodnia z trojaczkami towarzyszyli mi: pani J. narzekająca, że 10 h pracy to za dużo i ciężkie do przejścia (ja w tym czasie marzyłam o tylu godzinach, a czemu to możemy się domyśleć), miejscami wujek i ciocia dzieciaków, a także ich rodzice. Poza tym dziewczyny były chore oraz marudzące z tego powodu, a domownicy zniecierpliwieni i bliscy wyczerpania fizyczno - nerwowego. Po pierwszych dwóch dniach uznałam, że mogę nie dać rady mimo swojej ambicji, ale po tygodniu wsiąkłam w atmosferę. Dzieci dziwnie szybko mnie zaakceptowały, najważniejsze, że nie płakały na mój widok, pozwalały mi się ze sobą bawić, a przytulanie i mokre całusy doszły z czasem. Najważniejszym momentem było to kiedy K. przyszła do mnie po raz pierwszy z wymiętoloną pieluchą z chęcią przytulenia, a jeżeli ta twarda sztuka zmiękła to już było pewne, że zostałam kupiona przez wszystkie.
Imiona zapamiętałam od razu i od razu potrafiłam odróżnić laski. Ja nie wiem jak ktoś może mieć z tym problemy, buźki różne, wzrost i budowa ciała inna, o włosach nie wspominam... Fakt, że oczka bardzo podobne, więc gdy siedzą w wózkach, mają założone czapki i identyczne kurteczki to kiszka, ale ja moja ukochaną G. zawsze rozpoznam, a jeżeli ją to po nitce do kłębka... :D (jeżeli jakiś nauczyciel mi powie, że nigdy nie miał pupila to w łeb dam i nie uwierzę; uwielbiam wszystkie trzy i staram się traktować równo, ale do G. to mam słabość :-)).
Jednym z większych problemów było zapamiętanie kolorów smoczków i rzeczy dziewczynek. G. - pomarańczowy smoczek, pomarańczowy fotelik, ale wózek i smoczek nocny to znów zielony; K. - niebieski smoczek dzienny i nocny, fotelik i wózek, ale z kolei ubranka przeważnie różowe; D. - czerwony smoczek dzienny oraz fotelik, różowy nocny, pomarańczowo - czerwony wózek, ubranka przeważnie zielone. Nie mogę uwierzyć, że pamiętam, ale nie wykluczone, że coś przekręciłam, o kolorach rowerków nie wspomnę, bo jutro jak wstanę i pójdę do pracy to z pewnością wymieszam w nich dzieci.
Rozwijająca ta praca, a szczególnie ćwiczy pamięć. Zapamiętałam również imiona kotów w liczbie trzech oraz w którym pokoju, które dziecię położyć, problemem nie jest już włączanie monitora oddechu i elektronicznej niani w pokoikach oraz następnie w salonie - razy trzy...
Jutro znów idę do pracy, przez weekend to mi brakuje moich dziewczyn, zaczyna mi nawet brakować tego ciągłego chodzenia, odciągania od sprzętów różnorakich i upominania.

A co u mnie? Dziś najpierw poszłam do ukochanej stadniny, aby się instruktorka Ania mogła troszeczkę poznęcać oraz aby klaczka Giga znów miała potłuczony kręgosłup i nerki przez moje kartoflowate ciałko. Zsiadłam z konika, nogi tradycyjnie się ugięły i czułam, że żyję. Wpadłam także na pokaz komandosów i spadochroniarzy do pobliskiego miasteczka. Te męskie ciała w tych pięknych mundurach... Sami rozumiecie... ech... idę pomarzyć. Pa :D

piątek, 15 maja 2009

Jak to się stało?

Pierwszy tydzień stycznia 2008...
Kierowana pasją, zainteresowaniami i doświadczeniem wysyłam zgłoszenie do agencji opiekunek dziecięcych. W końcu za miesiąc kończę studia - kierunek położnictwo, trzeba pomyśleć nad czymś stałym.
Kilka dni później - zaproszenie na rozmowę...
Potem - piątek...
Rozmowa w agencji. Wykładowcy mnie zwykle lubili, więc czemu nie panie z agencji, może się uda. Seria, testów, tysiące pytań, kartkówek, uśmiechów, a na koniec propozycja: "Wyślę pani dane do mamy trojaczków, do miasta X. a zobaczymy, jest tam już jedna opiekunka, ale nie daje rady sama i potrzebna jest druga". Myślę sobie, że spoko - to tylko półtora dziecka na łeb, więc luz. Za nieco ponad tydzień już wiem o swojej pomyłce...
Mroźna zima, styczeń 2009, wtorek...
Galllena przyjeżdża z pobliskiego miasta na rozmowę kwalifikacyjną. Jak to na nią przystało jest o 1 h za wcześnie, znajduje wskazaną ulicę, siada na pobliskim przystanku autobusowym (osoba siedząca na przystanku rzadko wzbudza zainteresowanie), wyciąga książkę i nerwowo przerzucając kartki obmyśla przemowę, którą wygłosi o 18.15.
Pół godziny później...
Jest zimno kurde...
Po kolejnych 15 minutach....
A siedzę jeszcze, ulicę znalazłam, to blisko, a ja lubię być ponkt o...
Mija 5 minut...
Idę... Idę... Idę... Idę i kurna nic, zaczynam sę denerwować, może to jednak nie tu... Idę dalej - eureka, jest skrzyżowanie i drugi dom po prawej stronie...
1 minuta potem...
Jestem punkt o. Duży łososiowy dom. Dzyń, dzyń, dzyń i otwiera kobieta, nie młoda, z uśmiechem na twarzy, o dziwo nie pyta kim jestem i o co chodzi, ja na to "dobry wieczór" i pakuję się do środka, nie ma gdzie powiesić płaszcza.
Mija 30 sekund i kolejne minuty...
Widzę trzy małe osóbki w bodziakach, spodenkach, raczkujące, uśmiechnięte oraz kobietę krótko ściętą w okularach z tekstem: "Dobry wieczór, one nie cieszą się tak na Pani widok, po prostu niedawno wyszła ich ulubiona opiekunka Ala, więc myślą, że to ona wróciła". Zmroziło mnie, ale ważne w końcu, że i ona się uśmiechnęła. Zostały mi przedstawione trzy dziewczynki - D., G., K, dalej kilka pytań (tekst mi się posypał, a pytań tak niewiele, że aż za mało), ja oczywiście zwarta, gotowa i chętna do pracy, a więc od razu ją dostaję, mogę zacząć od zaraz, ale wybieram opcję "od poniedziałku". Dostałam powiadomienie o fakcie, że w domu jest monitoring, w pokojach każdej z dziewczynek oraz w salonie, głównie po to, aby widzieć co robią nasze aniołki w pokojach, ale podtekst rozumiem (dobrze, że powiedziała, dziwne to, ale spoko, po czasie orientuję się, że to też w sumie dla mnie pozytywne). Chodzę wokół pokoju, próbuję zaradzić cokolwiek na krzyk G., biorę za rączki G., po czym Ona orientuje się, że ja to ktoś obcy i w ryk, następnie dowiaduję się, że "ona to ta najcięższa", ale biorę ją na ręce, bo jestem ambitna... Wychodzę szczęśliwa, pracę mam, zarobki lepsze niż się spodziewałam, a czy podołam - OCZYWIŚCIE. Od razu SMS do chłopka, do znajomych, rodzicom powiem jak wrócę... Cieszę się, zostałam opiekunką trojaczek, trzech kochanych bab. Dzień później chwalę się mamie poprzedniego podopiecznego - Krzysia, po czym zarażam się od niego okropnym grypskiem (miałam spędzić u niego czas do końca tygodnia, ale ponieważ pożałowałam chorego dzieciątka przytulając, wycierając nosek i całując to rozstajemy się we środę) i leżę od czwartku z wysoką gorączką, modląc się, aby przeszło do niedzieli/poniedziałku, bo przecież tak strasznie mi zależy, bo przecież nie wypada na wstępie dzwonić, że jestem chora. Nie przeszło do końca, osłabiona jak nie wiem co, ale trzymam się na nogach, idę pierwszego dnia do pracy, na popołudnie, na 14.00. Istny chaos i zamieszanie, a ja czuję się niepotrzebna, ale jak widać tak miało być, we wszystkim był cel...
C.D.N.